środa, 4 lutego 2015

Rozdział 1

„Myślę o obietnicach, które mi składano. O kłamstwach, których słuchałem.
Nie, poprawiam się w myślach. To nie były kłamstwa.
To były obietnice, które źle zrozumiałem.”*

-----------------------
-Jak ci się podoba nowy?- Ojciec rozparł się wygodnie na skórzanym fotelu i odrobinę poluźnił szary krawat. Wbił we mnie spojrzenie, które wytrzymałam bez odwracania wzroku. Przechyliłam głowę na bok i wzruszyłam ramionami. Może wydawać się to dziwne, ale w umyśle cały czas odtwarzałam tamtą rozmowę. Nie robiłam tego specjalnie, wręcz przeciwnie, to wspomnienie samo ciągle do mnie powracało chociaż minęło już kilka ładnych godzin.
Miałam ogromną ochotę zadać tacie masę pytań na temat tego Scotta, między innymi chciałam się dowiedzieć dlaczego zrezygnował z służby w wojsku, miał za sobą cztery lata misji w Afganistanie i naprawdę wydawało mi się to dziwne, że zdecydował się to ot tak porzucić, zwłaszcza, że wyglądał na człowieka, który nie podejmuje pochopnych decyzji i świadomie wykonuje każdy ruch. Zastanawiające było również to, że pochodził z Florydy i jakimś cudem dostał się w szeregi naszej firmy i to w okresie, gdzie nikogo nowego nie przyjmowaliśmy. Borys posiadał akt własności firmy, dopóki ja żyłam był on nieważny, jednak co chwilę mogłam usłyszeć cenę własnej głowy. No, nie należała do najmniejszych...
Mogłabym o to wszystko zapytać ojca, lecz tego nie zrobię. Oprócz tego, że odzywałam się tylko wtedy gdy musiałam, samymi pojedynczymi słowami, to od Tamtego czasu z nikim normalnie nie rozmawiałam, no może z wyjątkiem tego nowego... Nawet mój terapeuta chyba zrozumiał, iż nie zamierzam z nim rozmawiać, oni jeszcze nie przyjęli tego do świadomości...
-Nie ma żadnych dziar, czy jak to teraz nazywają.- Rzucił mi znaczące spojrzenie. Moja brew natomiast uniosła się ku górze. Od dziewięciu miesięcy pod sercem noszę wyrytą datę śmierci moich bliskich, kilka cyfr, które codziennie przypominają mi, że mam do wykonania jeszcze jedną robotę.
Muszę zabić Borysa, nawet jeśli ten jest na drugim krańcu świata i tak go znajdę.
-Co to ma do rzeczy?- mruknęłam wpatrując się w swoje dłonie.- Po co chciałeś, bym przyszła?
Oparł przedramiona na biurku i pochylił się w moim kierunku. Oddychał ciężko, jakby z trudem, a na czole pojawiły mu się kropelki potu.
-Max wyprowadza się na wschodnie wybrzeże- oznajmił przyciszonym głosem.- Wszyscy wiemy, że jedyną osobą, która go tutaj trzyma jesteś ty! Jednak wszyscy też powoli zdajemy sobie sprawę, że ty już nigdy nie wrócisz. Max ma nadal nadzieję... Twoja matka nadal modli się, żebyś wróciła...
Nie mogłam dalej słuchać tych bzdur... Przeszli w kolejną fazę, teraz próbowali wymusić na mnie poczucie winy, tak jakbym nie budziła się codziennie, jakby koszmary nie prześladowały mnie na każdym kroku, jakby zakrwawiona twarz Cam nie pojawiała mi się przed oczami... Jakbym nie wiedziała, że to wszystko moja wina. Wiedziałam, nikt nie musiał mnie uświadamiać.
Zacisnęłam dłonie w pięści i spróbowałam wyciszyć głosy w umyśle. Szepty, przerażające szepty...
Mięśnie drżały, gotowe do ucieczki, mimo wszystko, chyba jeszcze nigdy nie znajdowałam się w tak dobrej formie, ćwiczyłam codziennie. Na początku była to tylko rehabilitacja, potem bieganie na bieżni, teraz to kilka godzin w nocy, tylko tak mogłam to uciszyć, robiąc się coraz lepsza. Moje ciało to same mięśnie i byłam z tego cholernie dumna.
-Te włosy...- Wskazał na moją głowę.- One...
-Tak- wyprzedziłam jego pytanie.- Nadal będą czarne.
Pokiwał głową z rezygnacją i odsunął się na oparcie fotela. Rozejrzał się po pomieszczeniu, nie potrafił na mnie patrzeć...
Powoli się podniosłam i zaczęłam zmierzać ku wyjściu, czując, że nic tu po mnie.
-Scott zastąpi Maxa.- Zatrzymałam się z klamką w dłoni.- Już dzisiaj cię odbierze, na razie Max będzie wam towarzyszył.
Skinęłam głową i otworzyłam drzwi, ale on najwyraźniej dopiero zaczął się rozgadywać. Wywróciłabym oczami, lecz nie miałam na to siły, więc zatrzasnęłam drzwi, obróciłam się i oparłam się o nie plecami.
-W sobotę idziemy na kolacje, ja, mama, Max, Juliet no i ty.- Udawał, że sprawdza coś w notesie.- Oczywiście chcemy, byś zaprosiła Paula.
Uniosłam brwi, choć nie w wyrazie zaskoczenia. Paul znajdował się w niewielkim gronie osób, które były mile widzianymi gośćmi w naszym domu. Od tamtego czasu nasi rodzice nawet kilka razy spotkali się na partyjkę golfa i tenisa.
Tyle, że między mną, a Paulem nic nie było tak jak dawniej. Nie potrafiłam na niego patrzeć i nie czuć poczucia winy oraz wstrętu do samej siebie przez to co Borys zrobił mu i Emily. On zapewniał mnie, że nic się nie zmieniło, specjalnie dla mnie nie wyjechał gdzieś daleko na studia, a został w mieście. Naprawdę żałowałam, że nie umiałam się z tego cieszyć tak, jak powinnam.
Ponownie skinęłam głową. Oczywiście, ze go zaproszę. W końcu oficjalnie nadal byliśmy parą i wszyscy oprócz mnie tak też uważali. Byliśmy parą od siedemnastu miesięcy, cóż za ironia, bo ja Opuściłam jego gabinet, musiałam pobyć sama. Obecność ludzi mnie przytłaczała i coraz gorzej ją znosiłam.

Kiedy wychodziłam z firmy, słońce już dawno skryło się za horyzontem. Przed wejściem czekał na mnie czarny Hummer, a oparty o niego Max niby od niechcenia przyglądał się każdemu, kto przechodził. Gdy jego oczy odszukały moją osobę, przez moment, dosłownie przez sekundę zapłonęły w nich wesołe iskierki, przykre, że to właśnie ja je zgasiłam.
-Masz nowego szofera- próbował obrócić tą sytuację w żart i prawie mu się udało. Już prawie się uśmiechnęłam, a może to grymas, jednak już prawie się udało, tyle że wtedy...
-Uważaj- krzyknął blondyn i przycisnął mnie do drzwi samochodu, tym samym osłaniając własnym ciałem. Sekundę później doszły do mnie dźwięki wystrzałów, ludzie zaczęli krzyczeć i piszczeć, a wystrzałów było coraz więcej.
-Wsiadaj do samochodu- rozkazał brat, przez cały czas ochraniając mnie, próbowałam wypatrzeć skąd dochodzą te dźwięki, nie mogłam. Musiałam zamknąć oczy i wdrapać się na siedzenie, schowałam głowę między kolanami, bujałam się w przód i w tył, błagając w myślach by to się skończyło. Słyszałam jak Max coś krzyczy, na początku do Scotta, a później do krótkofalówki. Mogłam doskonale określić broń, z jakiej strzelano i które były naszej firmy, ale nie mogłam na to patrzeć... Nie umiałam oddzielić wspomnień od rzeczywistości. Świadomość, że ktoś dzisiaj zostanie postrzelony, wypychała na granicę zdrowego rozsądku i racjonalnego myślenia. Najchętniej wypadłabym z samochodu i pozwoliła by ten, który chciał zabić Annę Collins, to zrobił.
Nagle na plecach poczułam czyjąś dłoń, zaczęłam rozumieć, że znajdowałam się już daleko od firmy, a strzały jakie słyszałam, stanowiły tylko wspomnienie. Ze wstydem wytarłam płynące po policzkach łzy, nadal siedziałam pochylona na przednim siedzeniu.
-Gdzie Max?!- pisnęłam odskakując jak najdalej od nowego. Uderzyłam głową w szybę z taką siłą, że aż odskoczyła, a po czaszce rozniósł się okropny ból. Nerwowo rozejrzałam się po okolicy, gdzie jechaliśmy.
-Spokojnie.- Jego dłoń delikatnie głaskała moje plecy, a warga zadrżała mu, jakby chciał powstrzymać uśmiech.- Twój brat jest bezpieczny, jestem pewien, że już złapali gościa, który strzelał...
-Pewny?- syknęłam i strzepnęłam męską dłoń z siebie.- Człowieku! Ty o niczym nie masz pojęcia, pracujesz tu od...- Zerknęłam na radio. To nie pomogło.- Od kilku godzin! Jakim prawem mnie stamtąd wywiozłeś?! Czy wiesz, że za samowolkę mogę cię od razu wyrzucić?! Co za palant!
Wyrzuciłam dłonie ku górze, a później odwróciłam głową w stronę okna, tym samym próbowałam się uspokoić.
-Nie uważasz, że trochę pochopnie mnie oceniasz?- Pozostawał spokojny i opanowany. Szkoda, miałam nadzieję, że wyprowadzę go z równowagi tak jak on mnie.- Max kazał mi cię zawieźć w bezpieczne miejsce, wykonuję swój rozkaz...
-Rozkazuję ci, żebyś zawrócił- przerwałam mu gwałtownie.
-Trochę dziecinne zachowanie, jak na menadżera takiego imperium, panno Collins- zwrócił mi uwagę z odrobiną kpiny w głosie.
Odpuściłam sobie odpowiedź i w duchu zganiłam się za takie zachowanie. To nie było do mnie podobne. Nic już takie nie było i gubiłam się w drobnych czynnościach. Dodatkowo już nie pamiętałam, kiedy ostatnio tak dużo powiedziałam w jednym momencie. Uśmiechnęłam się pod nosem.
-Przepraszam- mruknęłam cicho.- Ja...
Mężczyzna spojrzał na mnie, odradzając mi mówienia czegokolwiek.
-Jesteś moją szefową...
-Wiem- ponownie mu przerwałam, tym razem uśmiechnęłam się szeroko. Naprawdę to zrobiłam. Uśmiechnęłam się, aż musiałam dotknąć policzków, by się przekonać, zasłoniłam palcami usta i zaczęłam się śmiać. O Jezu! Jak ja dawno się nie śmiałam. Po chwili spoważniałam. Wlepiłam wzrok w uliczne latarnie.- Nie wiesz wszystkiego o mnie...
-Po prostu zapomnijmy o całej tej sytuacji, co?- zaproponował.
Spojrzałam na niego z wdzięcznością i przytaknęłam. Usiadłam bokiem na fotelu i przysunęłam kolana do klatki piersiowej.
-Tu niedaleko jest świetne bistro, podają znakomite taco- stwierdził, tym samym składając mi propozycję.- Może masz ochotę się tam zatrzymać? Nikt za nami nie jedzie, a pewnie nic nie jadłaś przez cały dzień.
Jakby na potwierdzenie jego słów, zaburczało mi w brzuchu. Rumieniec zawstydzenia wypłynął na moją twarz. On udał, że tego nie słyszał.
-Uwielbiam taco- odpowiedziałam.- I masz rację, od rana nic nie jadłam. Ale to też przed nimi ukryjemy?
-Nie mam pojęcia o czym mówisz- zaśmiał się i skręcił na parking.
-------------------------
"Chłopak nikt" Allen Zadoff
Wszystkie informacje odnośnie nowych rozdziałów, opowiadania i wszystkiego o czym chcielibyście się dowiedzieć, pojawi się na Facebook'u. Link do FP znajduje się w kolumnie obok :)
Do napisania

piątek, 23 stycznia 2015

URODZINY & PROLOG

Miałam tu być już dawno, lecz pewne sprawy nie pozwalały mi na to, żeby do Was wrócić i nie jestem pewna, czy pozwolą mi zostać na dłużej. Niestety nie mogę się z Wami nimi podzielić, nie jestem w stanie, mam nadzieję, że to uszanujecie, ostatnie miesiące były dla mnie naprawdę trudne, a kolejne nie zapowiadają się lepiej, chociaż na to wpływa już inny powód.
Ale nie chcąc Was zanudzać moim życiem prywatnym,przychodzę do Was z radosną nowiną, sama w nią uwierzyć nie potrafię, 28 stycznia wybije rok, kiedy to opublikowałam pierwszy rozdział na tym blogu. Doskonale zdaję sobie sprawę, że był kiepski, a ja sama bardzo rozwinęłam się w tym czasie, pragnę nadal się rozwijać i stawać coraz lepsza. Mam nadzieję, że ten rok będzie lepszy i dla Was, i dla mnie, a jednocześnie dla wszystkich moich opowiadań, które zamierzałam pisać, a nie mogę kontynuować.
Dodatkowo dzisiaj mam niespodziankę w postaci krótkiego prologu. Mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Do napisania.
-------------------------------------------------------
Jak najciszej proszę mów, ja wiem już wszystko
Porozumienie bez słów, mnie wystarczy bliskość*

Na ciemnym, bezchmurnym niebie księżyc wyraźnie odznaczał się swoim srebrnym blaskiem, a towarzyszące mu gwiazdy były praktycznie niewidoczne przez oświetlone miasto. Na ulicy zapanowała cisza, przerywana od czasu do czasu miauczeniem kota lub szczęknięciem psa. Kilka lam oświetlało okolice i rzucało cienie na pogrążone w mroku domu, których mieszkańcy najprawdopodobniej spali lub w ogóle się tam nie znajdowali. We wszystkich domach panowały egipskie ciemności, no może poza jedynym. Tym, którego szukał i którego znalazł.
Przed posiadłością, w niewielkich odległościach stały dwa czarne Rand Rovery, w każdym z nich znajdował się chociaż jeden człowiek, a w samym ogrodzie co chwilę ktoś przechodził niepostrzeżenie. Jeżeli nie miał za sobą dobrego szkolenia i kilku lat spędzonych na misjach w Afganistanie na pewno ich by nie dostrzegł. Jednak to nie stanowiło dla niego żadnego problemu.
W oknie na piętrze pojawił się cień postaci, zorientował się, iż to mężczyzna po budowie ciała i po sposobie w jakim się poruszał. Chwilę potem światło zgasło, a nieznana mu osoba podeszła do okna. Wiedział w jakim celu to zrobiła, obserwował ich już od kilku dni, a przygotowywał się do tego od ponad dwóch miesięcy. Lecz wiedział, że to nie ten moment, miał jeszcze czas i dawał czas im. Musiał być pewien, że ona wróci do zdrowia, do sprawności przed tym wszystkim. Tylko w takim stanie była mu potrzebna, tylko w takim stanie on był potrzebny jej, choć ona jeszcze o tym nie wiedziała.
Nieśpiesznie obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Zerknął ostatni raz na tamten dom, w jego oczach nie znajdował się złowrogi błysk, a na usta nie wypłynął żaden uśmiech zadowolenia. Pokręcił głową nie ciesząc się z osiągniętego celu.
-Znalazłem cię- mruknął do siebie robiąc krok na przód.- A ty mi pomożesz.

13 miesięcy później
Przyłożyłam czoło do zimniej szyby, przez którą było widać panoramę miasta. Mój ciepły oddech osiadł na szybie sprawiając, iż stała się zamglona. Odsunęłam za ucho kosmyk włosów, zupełnie czarnych, miały teraz taki sam kolor jak Jego. Wspomnienia związane z Jakiem znów do mnie powróciły, a ja nie potrafiąc powstrzymać bólu, zacisnęłam powieki. Choć minął ponad rok, myślałam o nich każdego dnia, każdej nocy, w każdej minucie mojego życia uświadamiałam sobie, że ich już nie ma, a ja nadal żyję, nie powinnam. Nie, nie żyłam. Ja egzystowałam, moje serce biło, płuca nabierały powietrza, a ciało się poruszało, lecz w środku już nic nie było, tylko pustka. Taka sama pustka, jak kiedyś w moim domu, taka sama pustka jak w domu Cam.
Dopiero po chwili usłyszałam pukanie do drzwi. Przypomniałam sobie, gdzie się znajdowałam i czym miałam się zajmować. Obróciłam się w tamtą stronę, przywołując na twarz wyraz zobojętnienia. W wejściu stała Natalie z kilkoma teczkami w dłoniach i niepewnym uśmiechem. Wszyscy byli niepewni, delikatni, cierpliwi, nie oczekiwałam tego, nie chciałam tego. Nienawidziłam ich za to, że obchodzą się ze mną jak z jajkiem.
-Panno Collins- przywitała mnie.- Ma pani gościa, szef go przysłał i kazał przypomnieć o pani wizycie kontrolnej.
Skinęłam głową. To też się zmieniło, ojciec zaczął przyjmować moje sprawy jako najważniejsze. Sam doskonale wiedział, że na to było za późno.
-Niech wejdzie- odparłam i skierowałam się w stronę biurka, by zająć należne mi miejsce.
Kobieta ułożyła teczki tuż przede mną i upewniwszy się, że nie chcę nic do picia, ewakuowała się czym prędzej. Nie musiałam długo czekać, by poznać mojego gościa. Słyszałam jak wchodził do środka, jak przemierzał dzielącą odległość, widziałam cień, który rzucił, gdy stanął przede mną i czekając aż na niego spojrzę. Uniosłam głowę, szare oczy wpatrywały się we mnie przenikliwie bez jakiegokolwiek strachu czy niepewności. Nie bał się mnie, nie litował. Patrzył na mnie z pewnością i godnością, znając swoją wartość. Po raz pierwszy od dawna ktoś właśnie tak na mnie patrzył. Zauważył moje blizny i dostrzegłam błysk podziwu w szarych tęczówkach.
Zerknęłam na jego teczkę, a potem znów na niego.
-Witam- odezwałam się tonem, którego tak dawno nie używałam.- Nazywam się Anna Collins, a pan, jak przypuszczam, to Scott Johson?
Uśmiechnął się. Nieznacznie. Prawie w ogóle, ale dostrzegłam to.
-Jak najbardziej- potwierdził.- Choć śmiem stwierdzić, iż dopiero przed sekundą się o tym dowiedziałaś, nieprawdaż?
Dobry był. Rzuciłam mu spojrzenie z ukosa. Bardzo dobry.
-Uznam, że nie słyszałam tej uwagi- odparłam i wskazałam, żeby usiadł.- Ale sądzę, że nic by się nie stało, gdybyś zapomniał o tym, co teraz będę robić.
I jak gdyby nigdy nic, zaczęłam czytać o nim, całe jego życie znajdowało się w moich rękach, w tych teczkach i teraz je poznawałam.
Choć jego samego miałam poznawać dużo dłużej.
---------------
Pokahontaz- Nastroje

środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt!

Chciałabym Wam wszystkim życzyć zdrowych, pełnych uśmiechu i rodzinnego ciepła świąt Bożego Narodzenia. Bo nie ważne są prezenty i czy potraw jest 12, 8 czy może 20, a osoby, z którymi spędza się ten magiczny czas.
Życzę Wam również aby Nowy Rok był dla Was pełen radosnych chwil, szalonych przygód, miłości i przyjaźni, by był lepszy niż ten który się kończy i żebyście mogli rozwijać swoje pasje, wykorzystywać każdą sekundę jak najlepiej.
Wasza Mroczna :D

wtorek, 4 listopada 2014

Rozdział 27

Każdy człowiek boryka się w życiu z jedną prawdą, której nigdy w pełni nie pojmie. Musi przerabiać wciąż te same lekcje, popełniać takie same błędy, zanim ich sens dotrze wreszcie do jego świadomości.
----------------
W ciemnym, przesiąkniętym wilgocią pomieszczeniu słychać było tylko jego nierówny oddech. Brak tlenu powodował, że myśli miał zamglone, coraz trudniej było mu oddychać.
Zgrzyt krzesła. Poruszył się, próbując wyplątać dłonie z sznura, który wbijał mu się w skórę przedzierając ją aż do krwi. Czuł jej zapach, zaciskał zęby nadal szarpiąc z całych sił.
Ręce miał ociężałe, nie potrafił ruszać nogami, jakby ważyły tonę. Środek usypiający przestawał działać, ale cóż z tego. Tlenu było z każdą sekundą coraz mniej.
Powoli oczy przyzwyczajały się do ciemności, widział zarys drzwi, oddalonych od niego o półtora metra. Nie było tu okien, szybu wentylacyjnego, a odór gnijącego ciała dochodził do jego nozdrzy, powodując odruchy wymiotne.
Usłyszał jakiś dźwięk na zewnątrz i zamarł na sekundę. Trzy krople krwi kapnęły na ziemię z cichym plaśnięciem, a za drzwiami rozniosło się echo przyciszonej rozmowy.
Przestał oddychać. Przeszli. Dwóch, wykonali dwadzieścia kroków nim zaczęli być niesłyszalni. Na koniec wybuchnęli śmiechem, szyderczym, bezlitosnym i on zrozumiał, że właśnie tak przez całe życie się śmiał.
Wypuścił powietrze z ust i gwałtownie powrócił do próby ucieczki. Krople potu spływały mu po czole, nie wiedział o co chodzi, przecież chwilę wcześniej stał przed tym cholernym budynkiem!
Kolejne kroki, tym razem jakby pewniejsze, bardziej stanowcze. Obliczył, że teraz musi być ich trzech, a może czterech? Nie, trzech. Na pewno trzech.
Zgrzyt zamków w drzwiach, a potem do pomieszczenia wlała się struga światła, oślepiając szatyna. Zmrużył oczy. Parsknął, gdy do środka wszedł Borys.
-Ronan- Ten zdawał się nie zauważyć kpiny.- Same z tobą kłopoty.
Jake oparł się o krzesło, a strużka krwi spłynęła mu po wnętrzu dłoni, środkowym i serdecznym palcu, a potem kapała na podłogę.
-Ciekawe jest to, że o ciebie się nie martwiła.
Zielonooki doskonale wiedział o kogo chodzi. Przygryzł język, a w ustach pojawił się mu metaliczny posmak krwi.
-Wierny jak pies.- Wyciągnął spluwę i odbezpieczył ją, wymierzając w czoło mężczyzny.- Ale mam dla ciebie propozycję.
Szatyn wywrócił oczami. W głębokim poważaniu miał jego propozycję.
-Pomożesz mi, a ta suka nawet jeśli przeżyje, zapłaci za wszystko- przyciszył głos, by na końcu zaśmiać się złowrogo.
Była to prowokacja. Jake zaczął się szarpać, chcąc rozerwać Borysa na strzępy, lecz nie miał takiej możliwości. Wykrzykiwał groźby, wulgaryzmy, coraz bardziej się nakręcając.
-Szkoda.- Wzruszył ramionami.- Bynajmniej już mi nie zaszkodzisz.
I nacisnął spust, a krew prysła dookoła. Kolejna osoba. Bo przecież na liście nie może pozostać nawet jedna osoba.

Kiedy dotarli w końcu do szpitala, Ann nie wykazywała żadnych oznak życia. Jej puls był prawie niewyczuwalny, tak samo oddech. Pielęgniarki jęknęły, a w oczach jednej z nich pojawiły się łzy, gdy zobaczyły ciało dziewczyny. Wyglądała jakby już była martwa. Szybko przewieziono ją na OIOM, lecz z braku pokrewieństwa, nie powiedzieli Leonowi nic. Nie wiedział, czy brunetka będzie operowana, co w jej stanie mogło być ryzykowane, ale jednocześnie mogło uratować jej życie, był pewien że liczą się teraz tylko sekundy, że wszystko leży w rękach lekarzy i tego jak szybko zabiorą się do pracy. On zrobił co mógł, ale i tak czuł, że to zbyt mało.
W połowie drogi przestali za nim jechać, jakby odpuścili. Najprawdopodobniej wiedzieli, że nie ma to sensu. On na ich miejscu zrobiłby to samo, zwłaszcza, że doskonale ją widział.
Kilka minut po tym jak lekarze zajęli się Collins, pod szpital zajechała karetka, wyskoczyli z niej ratownicy, a na noszach leżała nieznana mu, rudowłosa kobieta. Nie widział jej obrażeń, ale zważywszy na to, że zajęli się nią trochę wolniej niż brązowooką, możliwe, że z nią nie było aż tak źle.
Leon schował twarz w dłoniach, mógł zrobić coś wcześniej. Mógł przeciwstawić się Borysowi, jednak tego nie zrobił. Ślepo wpatrzony w swojego nauczyciela, robił to, co ten mu kazał. Tak jakby umysł został wyłączony, a on sam stał się robotem niepotrafiącym samodzielnie myśleć.


Robert Collins wraz z żoną i synem wpadli do szpitala wywołując jeszcze większe poruszenie. Nie można się było dziwić. Syn, który podobno nie żył, pojawia się w szpitalu, a jego siostra i dziewczyna walczą o życie. Nie tylko pielęgniarki były zszokowane widokiem Maxa Collinsa, na Boga, przecież chyba każdy w mieście wiedział, że nie żyje!
Tak również myślała jego matka, która była już strzępkiem nerwów i doktor musiał wstrzyknąć jej coś na uspokojenie, bo niewiadome było, czy jej serce to wszystko by zniosło.
Max dostrzegł Leona, w tym samym momencie co on jego. Blondyn poderwał się gwałtownie, gotowy do ataku, ignorował publiczność. Podbiegł do rudowłosego i zaczął go bić gołymi pięściami, a że ten się nie bronił, Collins jeszcze bardziej się nakręcał. Najprawdopodobniej by go zabił, gdyby ochrona go nie powstrzymała i nie wyprowadziła na zewnątrz. To był najgorszy dzień jego życia.

Mijały godziny, a każda z nich ciągnęła się i trwała jakby rok. Borys w zaskakująco szybkim tempie zwiał, tak samo jego ludzie. Leon siedział jak najdalej od Maxa, już opatrzony, z kubkiem kawy w dłoni, czekał na diagnozę. Nie powinien tam być, ale nie mógł zmusić się do wyjścia. Nie mógłby wytrzymać sam ze sobą. Brat Anny również zażył leki na uspokojenie, lecz w jego przypadku nawet one nie były w stanie go uspokoić. Mężczyzna miał łzy w oczach, bezsilność to za mało by określić jego stan. Kiedy dowiedział się, że Jared odszedł, już nie wytrzymał. Nic nie mówiąc podniósł się z miejsca i wyszedł, a nikt aż tak bardzo nie wybierał się na drugi świat, by go zatrzymać.
Victoria wsparta na ramieniu męża, brudziła mu koszulę, makijażem, który spływał wraz ze łzami. Dygotała, będąc przerażona myślą, że może stracić jedyną córkę. Straciła już syna, potem drugiego, choć ten na szczęście żył, a teraz miała stracić dodatkowo córkę. Żadna matka by tego nie wytrzymała.

Trzy dni później odbył się pogrzeb Jareda i Cam, a kolejnego dnia Jake'a. Na żadnym z tych pogrzebów nie było Anny. Niebieskooki z trudem udał się na pożegnanie przyjaciela, a z myślą o siostrze i o tym, że na pewno chciałaby być, poszedł również pożegnać Camillę i Jake'a.
Matka Camilli załamała się psychicznie i tuż po ceremonia państwo Baker wyjechali z Los Angeles. Z dziewczyną Jareda było wiele gorzej, bo ona podcięła sobie żyły, opuszczając ten świat w nadziei, że po śmierci znów spotka ukochanego.
Tylko Brown'owie mogli uchodzić za szczęściarzy, bo Emily bezpiecznie do nich wróciła, a Paul powoli powracał do zdrowia.

Stan Juliet był stabilny, wyszła z wypadku tylko z niewielkim uszkodzeniem ciała, w szpitalu spędziła tydzień, a potem wspierała Maxa.
Anna pozostawała w śpiączce przez ten czas, znajdowała się nadal na oddziale intensywnej terapii i można było patrzeć na nią tylko przez szybę. Collinsowie i Juliet zmieniali się co kilka godzin, by w razie gdyby dziewczyna się wybudziła, reszta szybko się o tym by dowiedziała. Lecz tak się nie stawało.
Mijały kolejne dni, a jej stan się nie zmieniał. Podpięta do różnych urządzeń, które za nią żyły, leżała w łóżku. Nikt nie chciał przyjąć do wiadomości, że dziewczyna umrze. A zwłaszcza Paul, który spędzał w szpitalu większą część doby. Wykłócał się z lekarzami, dopuszczał się bójek, ale wykłócił to, iż mógł siedzieć przy nieprzytomnej brunetce. Trzymał ją za zimną dłoń, głaszcząc i całując. Nie raz z oczu płynęły mu łzy.
Minął miesiąc, a potem jeszcze tydzień. Lekarze zdecydowali, że już nie ma szans by dziewczyna się wybudziła, dzisiaj mieli odpiąć wszystkie urządzenia.
Brunet siedział przy jej łóżku, wpatrywał się w nią, modląc na zmianę zaklinając Boga.
Poruszyła palcem.
Była nadzieja.

W każdym rozdziale swojego życia czegoś się uczę, z czegoś czerpię lekcje. Coś dostaję i coś zostaje mi odebrane. Czasami myślę, że już nie będzie dobrze, ale są one. Gwiazdy. Upadają, jak i ludzie. Nie widać, żeby się podnosiły, ale to robią.
Bo chcą istnieć, bo wiedzą, że jest tylko...
TU i TERAZ

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ
---------
*"ZAWSZE PRZY MNIE STÓJ"  Carolyn Jess-Cooke
Rozdział nie jest taki, jaki miał być. Mogę przyznać, że jest jednym z najgorszych tej części. Wiem to, ale nie potrafiłam inaczej tego zakończyć. Nie potrafiłam zrobić WOW po którym każdy by płakał i którego każdy się spodziewał. Może jesteście zawiedzeni, może nie będziecie chcieli już więcej czytać tego co piszę, zrozumiem to.
Jeśli chcecie, wyczekujcie trzeciej części. Ja tu wrócę, nie wiem jak Wy. Ale chcę teraz podziękować wszystkim, którzy tu byli, którzy mnie wspierali i trwali ze mną na dobre i na złe. 
Dziękuje, że czytaliście rozdziały lepsze i gorsze, choć tych drugich było więcej, czasami nie dawałam z siebie wszystkiego, nie pisałam tak, jak chciałam, ale Ann była częścią mnie i nawet jeśli już nigdy nie miałabym o niej pisać, to jej osoba ze mną pozostanie.
To nie koniec, to dopiero początek.
Do napisania. 

sobota, 11 października 2014

Rozdział 26 (cz.2)

"słyszę słowa od których włos jeży się na głowie, o rany rany jestem niepokonany"
-----------------------------
Kiedy mnie wyprowadzali, Emily piszczała, krzyczała i miała w oczach łzy. Nie próbowałam jej uspokoić, pocieszyć. Nie okłamywałam, że wszystko będzie dobrze, że do niej wrócę. Nie miałam już na to siły, byłam coraz słabsza.
Chwiejnym krokiem weszłam do pokoju i poczułam uderzenie w plecy, przez co upadłam ponownie na twarz. Nie syknęłam, jęknęłam, nie wydałam żadnego dźwięku. Kiedy nie masz siły na oddech, zapominasz nawet jak wydaje się dźwięki.
Kopniakiem obrócono mnie na plecy, przymknęłam oczy. Stał nade mną i byłam pewna, że miał w dłoni rewolwer. Słyszałam jak oddycha ciężko, jakby trudno było mu mnie zabić. A to dobre.
Odbezpieczył broń, a ja wstrzymałam oddech. Uniosłam powoli powieki i wtedy rozniósł się dźwięk wystrzału.

Blondyn nerwowo zerkał na licznik prędkości, co chwilę przyspieszając i zwalniając, by być w zasięgu Juliet i Jareda. Z trudem utrzymywał panowanie nad maszyną, która jak wszystkim dobrze wiadomo, do najlżejszych nie należała i w tym momencie dużo trudniej było mu ją prowadzić.
Kropelki potu spływały mu po czole, karku i plecach, gdy powietrze boleśnie wbijało mu się w skórę. Wymijał kolejne samochody, ignorował trąbienia i niezadowolenie innych uczestników jazdy.
Czuł, że było za późno. W jego głowie była tylko myśl, że nie zdąży, że się spóźni i zawiedzie swoją siostrę.
Twierdził, że był zobowiązany do zapewnienie bezpieczeństwa młodej Collins.
Nie zorientował się, gdy powoli zaczął dochodzić do dwustu trzydziestu, a cała przestrzeń wokół niego rozmazywała się.
Juliet siedząca w samochodzie z przerażeniem patrzyła na poczynania swojego chłopaka. Widziała, jak coraz bardziej się od nich oddala, z czasem coraz trudniej było jej go dostrzec i była pewna, że nie skończy się to dobrze. Próbowała szybko coś wymyślić, by uspokoić trochę Maxa i przekonać go by zwolnić, lecz gdy tylko zbliżali się do niego na odległość kilku metrów, ten znów przyspieszał i znikał w tłumie innych pojazdów.
W pewnym momencie dosłownie kilka sekund dzieliło motocyklistę od zderzenia z minivanem i tylko jakimś cudem nie doszło do tragedii.
-Jared, kurwa mać, zrób coś!- warknęła na bruneta, który mocno zaciskał dłonie na kierownicy i powoli zaczynał tracić panowanie nad pojazdem.
-On oszalał, nie widzisz tego!- Jaredowi także zaczęły puszczać nerwy. Nie potrafił się uspokoić, zachować zimnej krwi i było to aż zaskakujące, no bo przecież, on i Max znajdowali się wiele razy w takich sytuacjach. Wiele razy były na pograniczu życia i śmierci i zawsze im się udawało. Tyle, że zawsze nie chodziło o rodzinę. A rodzina była dla nich najważniejsza.
Zaczęli się kłócić, coraz bardziej przestając zwracać uwagę na Maxa i na to co dzieje się na drodze. Nie był to dobry pomysł, żeby jechali wspólnie, ale przecież nikt nie mógł przewidzieć tego, co się stanie.
Gdy Jared był zajęty odpowiedzeniem, dość wulgarnym słownictwem, samochód zaczął skręcać i wjechał na przeciwny pas ruchu. Pojazd poruszał się prędkością ponad stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, a zza zakrętu wyłoniła się ciężarówka...
Było za późno, gdy oboje zdali sobie sprawę, z tego co się dzieje. Było za późno, gdy chłopak spróbował skręcić i wyminąć jakimś cudem pojazd. Było za późno, bo ciężarówka właśnie wbiła się w samochód, a on przekoziołkował kilka metrów...

Gdy kula przebiła bluzkę, przecięła skórę i trafiła w brzuch Anny, w pomieszczeniu oddano drugi strzał, tym razem nie przeznaczony dla niej.
Ona z trudem chwyciła się za bok, nie mając siły by jakkolwiek zatamować krwawienie. Obok niej zjawił się rudowłosy mężczyzna i pochylił się nad nią opiekuńczo. Widział, jak dziewczyna powoli gaśnie w oczach, jak w czekoladowych tęczówkach znajduje się tylko niewyobrażalny ból i znienawidził swojego ojca za wszystko, czego zrobił.
Upewniwszy się, że nikt go nie przyłapie, przeszedł do pomieszczenia, w którym przetrzymywano nastolatkę i oddał śmiertelny strzał facetowi, który kilka sekund wcześniej postrzelił brunetkę. Kilka sekund, właśnie o tyle się spóźnił i właśnie tyle mogło się przyczynić do jej śmierci.
Delikatnie wziął Collins na ręce i zdał sobie sprawę, że jest dużo chudsza niż gdy zaczął pracę jej ochroniarza. Nie miał pojęcia, kiedy ostatni raz coś jadła, ale to tylko utwierdzało go w przekonaniu, że ma mało czasu, a przecież szpital był tak daleko...
Poruszał się pustymi korytarzami, wiedząc, że niektóre z nich od dłuższego czasu w ogóle nie są używane. Przedostał się do podziemnego garażu i jak najszybciej podbiegł do samochodu, w ogóle nie czując obciążenia na rękach. A przecież brunetka nie była typem dziewczyny, które mają bzika na punkcie swojej wagi, a ona sama trenowała, by być wysportowane i silna, tyle, że teraz nie było tego w ogóle widać.
Położył ją na tylnym siedzeniu i jeszcze raz upewnił się, że jej serce bije. Pochylił się nad jej ciałem i próbował chociaż w małym stopniu zatamować krwawienia. Na jej ciele znajdowało się tyle krwi, że nie mógł określić jak bardzo jest ranna. Widział ranę po draśnięciu kulą na prawym ramieniu, kolejną na drugiej ręce od łokcia do ramienia, zadaną nożem, twarz i włosy we krwi. Wyglądała jakby jakiś bokser zrobił sobie z niej worek treningowy. Dziewczyna nie miała szans na przeżycie i coraz bardziej zaczęło do niego to docierać, ale tym samym dodawało mu to większej motywacji. Zatrzasnął drzwi, obszedł samochód i usadowił się na miejscu kierowcy, w tej samej chwili, gdy z budynku zaczęło wybiegać kilku goryli, najwyraźniej zauważyli jego kradzież.
Zaklną pod nosem i wyjechał z garażu póki jeszcze miał na to szanse.

Max spojrzał w lusterko i jego świat, który i tak był w katastrofie, teraz kompletnie się zawalił. Poczuł ogromny uścisk w klatce piersiowej, kiedy samochód zderzył się z ciężarówką i zaczął koziołkować po drodze. W jednej chwili cały jego plan, wszystkie nadzieje, że nie jest za późno, wyparowały. Był rozdarty i nie zdawał sobie sprawy, że już od kilku minut nie jedzie, a stoi na poboczu. Nie miał pojęcia co zrobić i tylko tracił czas na myślenie. Chciał zawrócić, a jednocześnie bał się, że przez to nie zdąży do Ann. Ale jeśli pojedzie po Ann, a i tak będzie za późno, a dodatkowo straci kobietę swojego życia...
Ściągnął kask i cisnął nim o asfalt ze wściekłości i bezradności. Dopiero po dłużej chwili zorientował się, że jego telefon dzwoni. Drżącymi dłońmi odebrał i przyłożył aparat do ucha spanikowany.
-Halo?- Głos nie był do niego podobny, jakbym zmutowany, stłumiony.
-Ona umiera- usłyszał w słuchawce opanowany głos Leona.- A mnie ścigają.
Collins nie umiał zrozumieć sensu słów jakie były do niego skierowane. Właśnie tracił wszystkich, grunt pod nogami mu się zawalał.
-Powiadom w końcu Collinsów!- wydarł się na niego rudowłosy.- Inaczej wszyscy umrzemy, rozumiesz?!
Rozumiał, ale nie był w stanie tego zrobić. Z trudem wybrał numer do ojca, wiele razy myląc liczby. Czas, który potrzebował Robert by odebrać, był dla niego jak wieczność. Gdy w końcu usłyszał głos ojca, nie potrafił wypowiedzieć słowa.
-Tato- zaczął.- Zawaliłem...
-Max? Max?! Co się dzieje!
-Miałem ją chronić.... Miałem ją chronić!
------------------
"Jestem Bogiem" Paktofonika

Rozdział krótki, przepraszam.
Już tylko dwa. Wy też nie umiecie w to uwierzyć?
Do napisania

niedziela, 28 września 2014

Rozdział 25 (cz.2)

Nie, piekło nie ma nic wspólnego z miejscem- piekło wiąże się z ludźmi. Może to ludzie są piekłem.

--------------------------------

NOTKA POD ROZDZIAŁEM

  
Po raz kolejny wylądowałam w tym pomieszczeniu. Nie miałam pojęcia co zamierzają zrobić z ciałem Cam. Lodowatym, pozbawionym życia ciałem blondynki. Umierała na moich rękach, a ja nie miałam jak jej pomóc, nie potrafiłam jej uratować. Widziałam jak z każdą sekundą ucieka z niej życie, jak nie pozostaje po niej nic oprócz martwego ciała.
Ostatnimi siłami przymknęłam jej powieki, nim dwóch facetów odciągnęło mnie od niej i nie patrząc na rany, wrzuciło do tego pokoju wprost na beton. Rana na ręce ponownie zaczęła krwawić, a moje i tak przesiąknięte krwią ciuchy, ponownie stawały się mokre. Krew oblepiała moje ciało, brudziła je, pozbawiała siły i motywacji do walki. Każda wylana kropla odbierała mi siłę.
Przesunęłam się na materac i przeniosłam ciężar ciała na lodowatą ścianę, przez moje ciało zaczęły przechodzić drgawki. Łzy łączyły mi się z krwią i zasychały na twarzy. Ubrania stawały się szorstkie, powodowały kolejne otarcia, a te kolejne rany, czyli kolejne miejsce, z którego lała się krew.
Nie miałam pojęcia ile jeszcze czasu mi zostało, oddychałam płytko. Powietrze boleśnie ocierało się o ścianki gardła i wbijało w płuca. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie, obraz rozmazywał się, kończyny były ciężkie, jakby ważyły tonę. Jakikolwiek ruch nie wchodził w grę. Mogłam tylko czekać na moment mojego odejścia.
Żałowałam, że nie porozmawiałam szczerze z mamą, że nie przeprosiłam jej. Chciałam po raz ostatni ujrzeć moich bliskich i być pewna, że są bezpieczni.
Zaczęłam odpływać, gdy jedna myśl mnie przeraziła. Zaczerpnęłam powietrza i wyczyszczałam oczy.
-Emily- szepnęłam cicho, jakby bojąc wymówić te imię.
Była tu Emily, nie mogłam pozwolić by stała jej się krzywda. Musiałam ją chronić. Tylko w jaki sposób, gdy sama byłam na pograniczu śmierci? Odepchnęłam się od ściany i na czworaka spróbowałam się przedostać do drzwi. Wiele razy opadłam na ziemie, sądząc, że nie dam rady już się podnieść. W miejscu kolan, na spodniach zaczynały wychodzić plamy krwi. Przerażała mnie myśl, że nie zdążę. Ta jedna myśl przytrzymywała mnie przy życiu. Obiecałam ją chronić, przyrzekałam, że nigdy nie stanie jej się krzywda. A teraz byłam na tyle samolubna by się poddać i ją zostawić.
Nie wiedziałam jak długo zajęło mi przedostanie się do drzwi, ale kiedy to się stało, zaczęłam w nie uderzać. Możliwe, że nawet tego nie słyszeli, po moje dłonie tylko muskały powierzchnie drzwi.
-Emily!- Próbowałam krzyknąć, jednak z mojego gardła wydobył się tylko cichy, zachrypnięty pisk umierającego zwierzęcia. Spróbowałam odchrząknąć. Wyplułam ślinę wraz z krwią. Nie mogłam się poddać. Nie teraz. Jeszcze nie teraz. Błagam.- Emily!
Usłyszałam zgrzyt otwieranych drzwi. Tego nie przemyślałam. Kiedy jeden z goryli je otworzył, uderzył mnie, a ja poleciałam do tyłu, lądując na plecach. Nie byłam w stanie nawet jęknąć czy syknąć z bólu.
-Namyśliłaś się, skarbie?- zapytał z wyższością.
Prawie niewidocznie kiwnęłam głową. Czułam, że odpływałam.
-Podpiszę- wychrypiałam.- Tylko uwolnijcie Emily.
Chwycił mnie za ramię i zaczął ciągnąć po podłodze jak szmacianą lalkę. Nie miałam siły by płakać, by protestować.
Ochraniałam głowę dłońmi, a wszystko co znajdowało się na ziemi, boleśnie wbijało mi się w skórę. Robiono ze mnie szmatę do podłogi i tak się czułam. Nic nie warta, nikomu nie potrzebna. Pozbawiona jakiegokolwiek honoru.


Tom zawiózł Paula do szpitala. Stan jego był dużo lepszy niż wygląd chłopaka. Miał postrzeloną nogę, połamane dwa żebra, liczne zadrapania i rany, ale nic poważniejszego i zagrażającego jemu życiu nie było. Jednak nikt nie odczuwał z tego radości. Może oprócz rodziców Paula, którzy kilka godzin później zostali o tym poinformowanie. Przerażone małżeństwo bało się o swoje dzieci. Wcześniej poszli na policje, by zgłosić porwanie córki, jednak jak to zazwyczaj bywa, policja była przekupiona. Obiecali, że zajmą się tą sprawą, lecz to była pusta obietnica. Po wyjściu Brownów kartka została wrzucona do niszczarki, a policjanci udali, że nigdy nic się nie wydarzyło. Mieli rodziny, nie zamierzali mieszać się w sprawy mafii i działalności Collinsów. Zbyt dobrze wiedzieli, że robienie czegokolwiek sprowadza się do jednego. Miejsca na cmentarzu.
Isabel zniknęła, jakby nigdy jej nie było. Jared obwiniał się za sprowadzenie tutaj Jamesa i dziewczyny. Wmawiał sobie, że to jego wina, że gdyby postąpił inaczej to co się wydarzyło, nigdy nie miałoby miejsca. Nikt nie zaprzeczał, nikt go nie pocieszał, każdy wiedział, że to nie pomoże. Musieli działać, musieli jak najszybciej znaleźć Ann dopóki nie było za późno. O ile nie było za późno.
Juliet stała obok Maxa i pocierała dłonią jego ramię. Próbowała dodać mu otuchy i jakoś go wesprzeć. Rozejrzała się wokoło. Tom grzebał coś w samochodzie, jednak po chwili odrzucił klucz z wściekłością, a ten odbił się o ścianę i przeleciał jeszcze kilka metrów. Jared wyszukiwał jakiś informacji w swoim komputerze i brakowało mu niewiele by rozwalić bezbronne urządzenie. Przejrzał wszystkie kamery z miasta i nic. Pustka, jak gdyby nigdy tamtędy nie przejeżdżali. Nawet Paul do niczego się nie przydał, ponieważ nigdzie go nie przetrzymywali, a tylko wywieźli do pobliskiego lasu.
Jake za to spędzał czas na zewnątrz. Uzmysłowił sobie, że dla Ann nigdy nie będzie tym, kim jest dla niej Paul. Lecz pierwszy raz nie myślał o sobie, chciał tylko, żeby dziewczyna z tego wyszła. Żeby znów mógł ją zobaczyć, tylko tyle, a zarazem tak wiele.
-Max naprawdę nie masz pojęcia, gdzie może ją przetrzymywać?- spytała rudowłosa przyglądając się blondynowi. On jakby znieruchomiał. Nie wykonywał żadnych ruchów, tępo wpatrywał się w przestrzeń przed sobą i wyraźnie nad czymś się zastanawiał.
-Jared- zaczął niepewnie, zachrypniętym głosem.- A jeśli...
-Stary nawet tak nie myśl!- Brunet podniósł się gwałtownie z miejsca i wydarł na całe pomieszczenie. Podszedł do Collinsa i wymierzył mu cios w twarz. Na jego twarzy można było zauważyć szok, niedowierzanie, zmieniające się w wściekłość. W porę opamiętał się i zdał sobie sprawę, że przyjaciel zrobił dobrze uderzając go.
-Wiem...
Max zaczął nerwowo rozglądać się w okół, jakby potrzebował pomocy do znalezienia słów.
-Tom!- zawołał, by zwrócić na siebie uwagę. Cały dygotał i wyglądał jakby zwariował.
-Czego?- warknął czarnoskóry nie zdając sobie sprawy o co chodzi.
-Ile twoje maszyny potrzebują, by dostać się do Fresco?
-Co za głupie pytanie.- Pokręcił głową i zastanowił się przez chwilę, a na jego twarzy wystąpił łobuzerski uśmiech.- Dwie godziny.
Oznajmił z zadowoleniem. Pokonanie tego odcinka w dwie godziny równało się z niemożliwym, jednak wszystko co niemożliwe, jest możliwe dla nich i choć normalnie pokonanie tej trasy zajmuje ponad trzy godziny i to wtedy gdy nie ma korków, nikt nie wątpił w słowa chłopaka.
Max popatrzył na Jareda.
-Pamiętasz treningi?- spytał z nadzieją w głosie.
Brunet zmarszczył czoło, ale przytaknął.
-Ojciec rok temu przepisał tamto miejsce Borysowi, bo on miał zająć się treningami.
Ruszyli do samochodów, a blondyn zaczął wszystko wyjaśniać. Po kolei i rzeczowo. Nie mieli na to zbyt wiele czasu, dlatego streszczał wszystko w taki sposób, by przyjaciel mógł go zrozumieć.
Będąc tuż przy swoim motocyklu, kazał Juliet pojechać z Jaredem, pocałował ją, a sam wsiadł na czarną maszynę. Poczuł jak adrenalina płynie w jego żyłach, gdy usłyszał ryk silnika, a ścigacz zadrżał pod nim. Nie czekając byt długo wyjechał z fabryki na jednym kole, a potem przekraczając sto osiemdziesiąt wjechał na autostradę, coraz bardziej zwiększając prędkość, aż doszedł do dwóch setek. Choć mógł wyciągnąć z maszyny dużo więcej, nie zamierzał się zabić. Jechał po swoją siostrzyczkę. Jechał ją uratować, tak jak ona ratowała go. Przez całe życie.

Posadzili mnie na krześle przed biurkiem i kazali czekać na przyjście Borysa, co dla normalnych ludzi byłoby po prostu nużące, dla mnie było niewyobrażalnym wyzwaniem zachować świadomość umysłu i móc odbierać jakiekolwiek bodźce ze środowiska.
W pewnym momencie poczułam, jak to oblał mnie lodowatą wodą. Przestraszona popatrzyłam do góry i zobaczyłam Borysa siedzącego przede mną. Wsadził mi długopis do dłoni i podsunął umowę.
-Emily- wychrypiałam.
Mężczyzna prychnął i wykonał gest przywołania. Drzwi otworzyły się i ktoś przyprowadził Emily. Ta wyglądała dużo lepiej od Cam, chociaż także miała wiele zadrapań i siniaków. Dziewczyna zauważając mnie, zaczęła do mnie biec, ale zatrzymała się w połowie, gdy dokładnie mi się przyjrzała. Przyłożyła dłoń do ust, jakby chciała powstrzymać się od krzyku. W oczach pojawiły jej się łzy, a ja wiedziałam jak wyglądam w jej oczach. Jakbym już była martwa.
-Em- szepnęłam, a ta niepewnie do mnie podeszła. Przytuliła się do mnie delikatnie, jakby nie chciała sprawić mi bólu. - Będziesz bezpieczna. Wrócisz do domu.
Brunetka oderwała się ode mnie jak oparzona. Widziałam przerażenie w jej oczach.
-A ty? Co z tobą?!
Opuściłam wzrok, a potem popatrzyłam na Borysa.
-Powiedz Paulowi, że go kocham- poprosiłam.- Jemu i całej reszcie.
Chwyciłam długopis do dłoni, wiele razy wypadł mi z dłoni, ale w końcu złożyłam podpis. Teraz mogłam umrzeć.
---------------
"Jutro, kiedy zaczęła się wojna"  John Mardson
NIE zawieszam bloga. Do końca drugiej części pozostały trzy rozdziały, więc macie ostatnią okazję by napisać mi, czy chcecie być poinformowani o trzeciej części. Jak wcześniej wspominałam, nie zacznę jej pisać teraz, bo nie chcę by NIENAWIŚĆ straciła swój klimat, ale w grudniu możliwe, że znów zacznę ją pisać.
Jeszcze nie wszyscy zagłosowali w ankiecie, ale widzę, że jesteście podzieleni na kontynuacje NIENAWIŚCI i coś nowego. Chyba każdy będzie zadowolony, gdy powiem, że najpierw coś nowego, a za jakiś czas powrót do nienawiści. Mam nadzieję, że podoba Wam się taka opcja, bo już zaczęłam tworzyć bloga, na którym kolejne opowiadanie będzie umieszczane, a na BEZ TOLERANCJI odnajdziecie do niego link, a już niedługo prolog. Możliwe, że w przyszłym tygodniu.
Także, to tyle na razie.
Do napisania

niedziela, 21 września 2014

Rozdział 24 (cz.2)

Zanim odejdę, nim odejdę stąd
Chwyć za rękę mnie, złap za rękę mą -
Pójdziemy razem tam, chaos nigdy nas nie dosięgnie.*
---------------------------

NOWA ANKIETA Z BOKU
Wszystko ma swój koniec. Człowiek rodzi się, by żyć i żyje, by umrzeć. Więc dlaczego każdy tak bardzo boi się śmierci? Dlaczego nikt nie chce nawet o niej myśleć. Odpowiedź była bardzo prosta. Bo każdy człowiek boi się samotności, tego, że zostanie sam. Boi się także nieznanego, bo po życiu może spodziewać się wszystkiego, a po śmierci nie.
Ktoś popchnął mnie w stronę samochodu. Widziałam, jak Max próbował się wyrwać. Próbował zaradzić czemuś, co musiało się stać. Popatrzyłam mu w oczy, powstrzymując się od płaczu i pokręciłam przecząco głową. Przejechałam wzrokiem po moich bliskich, wiedząc, że to ostatni raz gdy ich widzę. Chociaż nie potrafiłam się z nimi rozstać. Nie potrafiłam znieść tego, co znajdowało się w ich oczach.
Zostałam wepchnięta na tylne siedzenie dżipa, a obok mnie znalazł się jakiś mięśniak. W dłoniach trzymał jakąś szmatkę i zaczął zbliżać się do mnie, by zasłonić mi oczy. Ostatnie co moje oczy widziały, to ból wymalowany na twarzy Paula.
Nawet nie wiedziałam, kiedy powieki opadły, a ja powędrowałam do krainy snu.
Przebudziłam się w nieznanym mi pomieszczeniu. Pozbawione było ono okna, a jedyną drogę ucieczki stanowiły drzwi, z którymi nie miałam szans. Ściany kiedyś musiały mieć kolor bieli, jednak brud, który na nie osiadł, spowodował, że teraz były szare. Betonowa podłoga pozbawiona była jakiegokolwiek zabezpieczenia, a półtora metra ode mnie, widniały ślady krwi. Najwyraźniej nie należały do mnie, bo czerwona substancja była wyschnięta i znajdowała się tu pewnie dużo dłużej niż ja.
Leżałam na równie brudnym co ściany, materacu, a jego sprężyny boleśnie wbijały mi się w ciało. Głowa pulsowała mi od bólu, a kończyny odmawiały jakiegokolwiek ruchu. Jedyne światło, które posiadałam, było lampą przyczepioną do sufitu, a sama ona co chwilę migała.
Spróbowałam się podnieść, lecz zrezygnowałam z tego pomysłu w tej samej chwili, gdy ból się nasilił, jeżeli w ogóle było to możliwe.
W pewnym momencie drzwi otworzyły się i do środka weszło dwóch facetów, którzy nie mieli nawet tyle godności, by spojrzeć mi w oczy.
Prychnęłam, lecz pożałowałam tego od razu.
Jeden z nich chwycił mnie za ramię i pociągnął do góry. Przyłożyłam pięść do ust i ugryzłam palce, ponieważ była to ta ranna ręka. Kiedy tylko stanęłam na nogi, odepchnęłam go od siebie i zatoczyłam się do tyłu, a obraz rozmył mi się. Oparłam się o ścianę i zacisnęłam zęby.
-Szef chce cię widzieć- warknął ten drugi, widocznie zirytowany moim zachowaniem.
Wpatrywałam się w niego, chcąc by na mnie spojrzał. Chciałam widzieć, jak się czuje z tym, że mnie zdradził. Że zdradził Organizatora.
-Organizator zabiłby cię za to, śmieciu- syknęłam i zawrotów głowy, okropnego bólu i nudności, sama opuściłam to pomieszczenie, a potem prowadzona przez nich, dotarłam do Borysa.
Pokój, w którym przebywał różnił się we wszystkich od tego, w którym się przebudziłam. Był to gabinet posiadający małą biblioteczkę. Obok regału z książkami znajdował się ręcznie wykonany stolik i dwie skórzane kanapy. Mężczyzna siedział za drogim biurkiem, na krześle również obitym skórą. Miał na sobie drogi, szyty na miarę garnitur, na prawym nadgarstku znajdował się srebrny zegarek. Zmarszczyłam brwi, bo czułam się jakbym miała halucynacje, a to wszystko byłoby tylko złym snem. Borys rzadko kiedy ubierał się w garnitury, zazwyczaj szkolił nowych pracowników i garnitur tylko utrudniałby mu pracę. Był pewny siebie, chłodny i umiał zawsze poradzić sobie sam. Tak łatwo dałam się oszukać, bo osoba, która znajdowała się przede mną, nie była moim mentorem. On był słaby, krył się za swoimi ludźmi, nosił drogie garnitury i zegarki, za które można byłoby wyżywić kilkadziesiąt rodzin przez miesiąc.
-Podpisz to- rozkazał otwierając jakąś teczkę. W środku był akt darowizny na rzecz mężczyzny. Nie musiałam nawet czytać, by wiedzieć, co facet chciał dostać. Wolałam umrzeć, niż to podpisać.
-Zapomnij- warknęłam i zakaszlałam, a na dłoń wyleciało kilka kropel krwi, które wytarłam w spodnie.
Wzruszył ramionami, niewzruszony moimi słowami. Spojrzał na faceta, który stał przy nim.
-Powiedzcie Leonowi, żeby przyprowadził dziewczynę- zażądał.
Zacisnęłam dłonie w pięści, kiedy rudowłosy pojawił się w pomieszczeniu ciągnąc za sobą Camillę. Ta nie wyglądała zbyt dobrze. Miała wszędzie rany i zadrapania. Jej ciuchy były potargane i wisiały na niej jak szmaty. Miała worki pod oczami i przecięty łuk brwiowy. Jednak gdy mnie zobaczyła, widziałam na jej twarzy przerażenie i nie chciałam wiedzieć, jak muszę wyglądać w jej oczach.
-Poznałaś już mojego syna, prawda?- usłyszałam nutę zadowolenia w jego głosie. Wbiłam wzrok w rudego, ale ten nie zamierzał patrzeć na mnie.
-Zdrajca- prychnęłam wściekła.
W końcu na mnie spojrzał, a w jego oczach pojawiły się przeprosiny. Phi. Może mam mu wybaczyć i powiedzieć, że nic się nie stało? Niedoczekanie.
-Podpisz to albo dziewczyna umrze.
-Nie rób tego!- pisnęła blondynka i po chwili upadła na kolana pod siłą ciosu. Nie mogłam nic zrobić, stałam na drugim końcu pomieszczenia i po raz kolejny musiałam patrzeć jak ktoś otrzymuje ból przez moją osobę. On zmuszał mnie, bym patrzyła na cierpienie moich bliskich, on chciał wykończyć mnie psychicznie i udawało mu się to.
Patrzyłam to na dziewczynę, a to na teczkę. I stwierdziłam, że mimo wszystko, mimo bólu jaki mi zadała, ja nadal uważam ją za przyjaciółkę. Bo nie ważne jak bardzo zrani nas bliska nam osoba, my potrafimy wybaczyć wszystko. To właśnie była miłość.
Sięgnęłam po długopis, a dłoń drżała mi tak, że kilka razy wypadł on mi z rąk.
-Nie!- po raz kolejny Cam pisnęła.
-Ucisz ją- warknął Borys do Leona, a ten uderzył ją w twarz, a po pomieszczeniu rozniósł się dźwięk uderzenia.
Zacisnęłam palce na długopisie, a w głowie znalazła się myśl, jak prosto było zabić człowieka tym na pozór niewinnym narzędziem. Trzeba było go wbić tylko w odpowiednie miejsce.
-Raz- Mężczyzna wyciągnął pistolet zza paska. Patrzył na mnie wyczekująco, a lufę skierował w stronę nastolatki.- Dwa.
Dźwięk, znajomy dźwięk odbezpieczanej broni dotarł do moich uszu.
Wiedziałam, że i tak ją zabije. Zabije ją nawet, kiedy podpiszę te papiery. Popatrzyłam na przyjaciółkę, wiedząc, że myśli o tym samym. Nie usłyszałyśmy już trójki, a coś innego. Jak kula przedzierała się przez powietrze, by potem zatrzymać się w klatce piersiowej niebieskookiej.
-Nie- szepnęłam i znalazłam się obok niej tak szybko, jak tylko potrafiłam. Do oczu mimowolnie napłynęły mi łzy, które potem zjeżdżały po policzkach. Chwyciłam dłoń dziewczyny, która z każdą chwilą robiła się coraz zimniejsza, a jej tętno zanikało.
-Powiedz...- zakrztusiła się, a potem wypluła krew z ust.- Powiedz moim rodzicom, że ich kocham.
Głaskałam ją po włosach czując niewyobrażalny ból w piersi. Miałam ochotę krzyczeć, uciec stąd jak najdalej. By tylko nie czuć tej pustki. Kołysałam się jak w mantrze, nie mogąc się uspokoić.
-Cam... Cam nie możesz mi tego zrobić!- błagałam.- Nie możesz mnie zostawić!
-Przepraszam- jej głos stawał się coraz cieńszy. Łzy płynęły mi po policzkach. Patrzyłam jak moja przyjaciółka odchodzi, a ja nie mogłam nic zrobić. Mimo bólu w ręce, zaczęłam uciskać jej klatkę piersiową, by serce znów zaczęło pracować. Coraz bardziej brudziłam się od jej krwi, ale nie potrafiłam przestać, choć już dawno jej nie było. Gałki oczne wywróciły się, a ja zamiast przymknąć powieki, próbowałam przywrócić ją do świata żywych.
-Nie możesz mi tego zrobić!- możliwe, że złamałam jej kilka kości, uciskając klatkę, lecz nie mogłam przestać, bo to równałoby się z pogodzeniem, iż ona nie żyje.
-Nie zostawiaj mnie, proszę... Obiecuję, obiecuję, że się zmienię. Tylko wróć, wróć do rodziców, Cam...
Pochyliłam się nad jej martwym ciałem i schowałam twarz w jej włosach posklejanych od krwi. Ona nie mogła umrzeć. Powinna żyć.
-Obiecałeś, że zostawisz ich- krzyknęłam na Borysa z trudem. Łzy zamazywały mi obraz.- Chciałeś mnie! Mnie...
Straciłam kolejną osobę. Kolejną osobę.
----------------------
"1 moment" Buka

Do napisania.

Szablony