niedziela, 21 września 2014

Rozdział 24 (cz.2)

Zanim odejdę, nim odejdę stąd
Chwyć za rękę mnie, złap za rękę mą -
Pójdziemy razem tam, chaos nigdy nas nie dosięgnie.*
---------------------------

NOWA ANKIETA Z BOKU
Wszystko ma swój koniec. Człowiek rodzi się, by żyć i żyje, by umrzeć. Więc dlaczego każdy tak bardzo boi się śmierci? Dlaczego nikt nie chce nawet o niej myśleć. Odpowiedź była bardzo prosta. Bo każdy człowiek boi się samotności, tego, że zostanie sam. Boi się także nieznanego, bo po życiu może spodziewać się wszystkiego, a po śmierci nie.
Ktoś popchnął mnie w stronę samochodu. Widziałam, jak Max próbował się wyrwać. Próbował zaradzić czemuś, co musiało się stać. Popatrzyłam mu w oczy, powstrzymując się od płaczu i pokręciłam przecząco głową. Przejechałam wzrokiem po moich bliskich, wiedząc, że to ostatni raz gdy ich widzę. Chociaż nie potrafiłam się z nimi rozstać. Nie potrafiłam znieść tego, co znajdowało się w ich oczach.
Zostałam wepchnięta na tylne siedzenie dżipa, a obok mnie znalazł się jakiś mięśniak. W dłoniach trzymał jakąś szmatkę i zaczął zbliżać się do mnie, by zasłonić mi oczy. Ostatnie co moje oczy widziały, to ból wymalowany na twarzy Paula.
Nawet nie wiedziałam, kiedy powieki opadły, a ja powędrowałam do krainy snu.
Przebudziłam się w nieznanym mi pomieszczeniu. Pozbawione było ono okna, a jedyną drogę ucieczki stanowiły drzwi, z którymi nie miałam szans. Ściany kiedyś musiały mieć kolor bieli, jednak brud, który na nie osiadł, spowodował, że teraz były szare. Betonowa podłoga pozbawiona była jakiegokolwiek zabezpieczenia, a półtora metra ode mnie, widniały ślady krwi. Najwyraźniej nie należały do mnie, bo czerwona substancja była wyschnięta i znajdowała się tu pewnie dużo dłużej niż ja.
Leżałam na równie brudnym co ściany, materacu, a jego sprężyny boleśnie wbijały mi się w ciało. Głowa pulsowała mi od bólu, a kończyny odmawiały jakiegokolwiek ruchu. Jedyne światło, które posiadałam, było lampą przyczepioną do sufitu, a sama ona co chwilę migała.
Spróbowałam się podnieść, lecz zrezygnowałam z tego pomysłu w tej samej chwili, gdy ból się nasilił, jeżeli w ogóle było to możliwe.
W pewnym momencie drzwi otworzyły się i do środka weszło dwóch facetów, którzy nie mieli nawet tyle godności, by spojrzeć mi w oczy.
Prychnęłam, lecz pożałowałam tego od razu.
Jeden z nich chwycił mnie za ramię i pociągnął do góry. Przyłożyłam pięść do ust i ugryzłam palce, ponieważ była to ta ranna ręka. Kiedy tylko stanęłam na nogi, odepchnęłam go od siebie i zatoczyłam się do tyłu, a obraz rozmył mi się. Oparłam się o ścianę i zacisnęłam zęby.
-Szef chce cię widzieć- warknął ten drugi, widocznie zirytowany moim zachowaniem.
Wpatrywałam się w niego, chcąc by na mnie spojrzał. Chciałam widzieć, jak się czuje z tym, że mnie zdradził. Że zdradził Organizatora.
-Organizator zabiłby cię za to, śmieciu- syknęłam i zawrotów głowy, okropnego bólu i nudności, sama opuściłam to pomieszczenie, a potem prowadzona przez nich, dotarłam do Borysa.
Pokój, w którym przebywał różnił się we wszystkich od tego, w którym się przebudziłam. Był to gabinet posiadający małą biblioteczkę. Obok regału z książkami znajdował się ręcznie wykonany stolik i dwie skórzane kanapy. Mężczyzna siedział za drogim biurkiem, na krześle również obitym skórą. Miał na sobie drogi, szyty na miarę garnitur, na prawym nadgarstku znajdował się srebrny zegarek. Zmarszczyłam brwi, bo czułam się jakbym miała halucynacje, a to wszystko byłoby tylko złym snem. Borys rzadko kiedy ubierał się w garnitury, zazwyczaj szkolił nowych pracowników i garnitur tylko utrudniałby mu pracę. Był pewny siebie, chłodny i umiał zawsze poradzić sobie sam. Tak łatwo dałam się oszukać, bo osoba, która znajdowała się przede mną, nie była moim mentorem. On był słaby, krył się za swoimi ludźmi, nosił drogie garnitury i zegarki, za które można byłoby wyżywić kilkadziesiąt rodzin przez miesiąc.
-Podpisz to- rozkazał otwierając jakąś teczkę. W środku był akt darowizny na rzecz mężczyzny. Nie musiałam nawet czytać, by wiedzieć, co facet chciał dostać. Wolałam umrzeć, niż to podpisać.
-Zapomnij- warknęłam i zakaszlałam, a na dłoń wyleciało kilka kropel krwi, które wytarłam w spodnie.
Wzruszył ramionami, niewzruszony moimi słowami. Spojrzał na faceta, który stał przy nim.
-Powiedzcie Leonowi, żeby przyprowadził dziewczynę- zażądał.
Zacisnęłam dłonie w pięści, kiedy rudowłosy pojawił się w pomieszczeniu ciągnąc za sobą Camillę. Ta nie wyglądała zbyt dobrze. Miała wszędzie rany i zadrapania. Jej ciuchy były potargane i wisiały na niej jak szmaty. Miała worki pod oczami i przecięty łuk brwiowy. Jednak gdy mnie zobaczyła, widziałam na jej twarzy przerażenie i nie chciałam wiedzieć, jak muszę wyglądać w jej oczach.
-Poznałaś już mojego syna, prawda?- usłyszałam nutę zadowolenia w jego głosie. Wbiłam wzrok w rudego, ale ten nie zamierzał patrzeć na mnie.
-Zdrajca- prychnęłam wściekła.
W końcu na mnie spojrzał, a w jego oczach pojawiły się przeprosiny. Phi. Może mam mu wybaczyć i powiedzieć, że nic się nie stało? Niedoczekanie.
-Podpisz to albo dziewczyna umrze.
-Nie rób tego!- pisnęła blondynka i po chwili upadła na kolana pod siłą ciosu. Nie mogłam nic zrobić, stałam na drugim końcu pomieszczenia i po raz kolejny musiałam patrzeć jak ktoś otrzymuje ból przez moją osobę. On zmuszał mnie, bym patrzyła na cierpienie moich bliskich, on chciał wykończyć mnie psychicznie i udawało mu się to.
Patrzyłam to na dziewczynę, a to na teczkę. I stwierdziłam, że mimo wszystko, mimo bólu jaki mi zadała, ja nadal uważam ją za przyjaciółkę. Bo nie ważne jak bardzo zrani nas bliska nam osoba, my potrafimy wybaczyć wszystko. To właśnie była miłość.
Sięgnęłam po długopis, a dłoń drżała mi tak, że kilka razy wypadł on mi z rąk.
-Nie!- po raz kolejny Cam pisnęła.
-Ucisz ją- warknął Borys do Leona, a ten uderzył ją w twarz, a po pomieszczeniu rozniósł się dźwięk uderzenia.
Zacisnęłam palce na długopisie, a w głowie znalazła się myśl, jak prosto było zabić człowieka tym na pozór niewinnym narzędziem. Trzeba było go wbić tylko w odpowiednie miejsce.
-Raz- Mężczyzna wyciągnął pistolet zza paska. Patrzył na mnie wyczekująco, a lufę skierował w stronę nastolatki.- Dwa.
Dźwięk, znajomy dźwięk odbezpieczanej broni dotarł do moich uszu.
Wiedziałam, że i tak ją zabije. Zabije ją nawet, kiedy podpiszę te papiery. Popatrzyłam na przyjaciółkę, wiedząc, że myśli o tym samym. Nie usłyszałyśmy już trójki, a coś innego. Jak kula przedzierała się przez powietrze, by potem zatrzymać się w klatce piersiowej niebieskookiej.
-Nie- szepnęłam i znalazłam się obok niej tak szybko, jak tylko potrafiłam. Do oczu mimowolnie napłynęły mi łzy, które potem zjeżdżały po policzkach. Chwyciłam dłoń dziewczyny, która z każdą chwilą robiła się coraz zimniejsza, a jej tętno zanikało.
-Powiedz...- zakrztusiła się, a potem wypluła krew z ust.- Powiedz moim rodzicom, że ich kocham.
Głaskałam ją po włosach czując niewyobrażalny ból w piersi. Miałam ochotę krzyczeć, uciec stąd jak najdalej. By tylko nie czuć tej pustki. Kołysałam się jak w mantrze, nie mogąc się uspokoić.
-Cam... Cam nie możesz mi tego zrobić!- błagałam.- Nie możesz mnie zostawić!
-Przepraszam- jej głos stawał się coraz cieńszy. Łzy płynęły mi po policzkach. Patrzyłam jak moja przyjaciółka odchodzi, a ja nie mogłam nic zrobić. Mimo bólu w ręce, zaczęłam uciskać jej klatkę piersiową, by serce znów zaczęło pracować. Coraz bardziej brudziłam się od jej krwi, ale nie potrafiłam przestać, choć już dawno jej nie było. Gałki oczne wywróciły się, a ja zamiast przymknąć powieki, próbowałam przywrócić ją do świata żywych.
-Nie możesz mi tego zrobić!- możliwe, że złamałam jej kilka kości, uciskając klatkę, lecz nie mogłam przestać, bo to równałoby się z pogodzeniem, iż ona nie żyje.
-Nie zostawiaj mnie, proszę... Obiecuję, obiecuję, że się zmienię. Tylko wróć, wróć do rodziców, Cam...
Pochyliłam się nad jej martwym ciałem i schowałam twarz w jej włosach posklejanych od krwi. Ona nie mogła umrzeć. Powinna żyć.
-Obiecałeś, że zostawisz ich- krzyknęłam na Borysa z trudem. Łzy zamazywały mi obraz.- Chciałeś mnie! Mnie...
Straciłam kolejną osobę. Kolejną osobę.
----------------------
"1 moment" Buka

Do napisania.

sobota, 13 września 2014

Rozdział 23 (cz.2)

Czy kochanie ciebie powinno boleć?
Czy powinnam się czuć, tak jak się czuję?
Czy powinnam zamknąć ostatnie, otwarte drzwi?
Moje koszmary otaczają mnie*
----------------------
Gdy ciało Jamesa bezwładnie opadło na ziemie, nie wiedziałam co robię. Chciałam zabić Borysa, pragnęłam tego z całego serca, ale nie potrafiłam. Czy to było takie dziwne, że nie potrafiłam zabić zdrajcy? A jednocześnie osoby, którą uważałam za rodzinę. Jednak dla zdrajców jest tylko jedna kara. Śmierć.
Zabijając Jamesa, dałam znak, że nie zamierzamy się poddać, ale jednocześnie wydałam na nas wyrok śmierci.
Chciałam wiedzieć, chciałam wiedzieć, dlaczego ta wiedza miała tak wielką cenę i co skrywało się za tą tajemnicą. Dlaczego nie dowiedziałam się od rodziców o Alanie i czemu on zginął. Czy chciał zabić mojego brata, jak wmawiali mi rodzice, czy chciał dostać prawdy? Cała moja wiedza, wszystko co mi mówiono, mogło nie być prawdą, a wszystkie moje przypuszczenia, właśnie tylko nimi były. Nic nie było pewne.
Stałam oparta plecami o plecy Jareda i oboje ubezpieczaliśmy się. Rozejrzałam się kątem oka, by dostrzec w jakim położeniu jest reszta ekipy. Zaskakujące było to, że Jake nie uciekł, a pozostał tu i także zamierzał walczyć. Poczułam dziwny uścisk w sercu, lecz musiałam go zignorować. To pozostawiłam na później. Paul próbował się podnieść z ziemi, ale za każdym razem obrywał od faceta, który go pilnował.
Zacisnęłam mocniej palce na broni i nie wahałam się jej użyć. Wiedziałam, że choć Borys wszystkiego mnie nauczył, to dzięki tej wiedzy jeszcze żyłam i nie zamierzałam wyrzucić jej z umysłu, bo domyślałam się, że właśnie na to liczył. Że chciał, bym stała się bezbronna i poddała się, ale ja nie zamierzałam.
-Ann- szepnął cicho Jared, tak, żebym tylko ja usłyszała. Wahał się, ale nie dlatego, że zamierzał coś powiedzieć, on nie był pewny, czy byłam sobą. Ja sama tego nie byłam pewna.- Pamiętaj, umieramy dla bliskich...
Nim skończył, nim dokończył zdanie, jedno z ważniejszych, ja nie zamierzałam dodać drugiej części. Nie potrzebowałam nawet sekundy, by domyślić się o co chodzi i zamiast pozwolić, by kula zabiła mojego przyjaciela, ja odepchnęłam go, co nie było zbyt trudne, ponieważ nie tego się spodziewał. Sama jednak nie zdążyłam uciec od pocisku musnął moje ramie przecinając boleśnie skórę i na szczęście nie zatrzymując się w ciele. Jęknęłam przeciągle, gdy pistolet wypadł mi z dłoni, a drugą przycisnęłam do rany.
-Ann!- krzyknął Jared i strzelił w napastnika zanim ten oddał drugi strzał. Poruszyłam szybko głową, dając mu znak, że wszystko dobrze i skryłam się tuż za jednym z samochodów. Oddychałam jak kobieta przy porodzie, bynajmniej próbowałam i dociskałam dłoń do rany. Nie miałam czym zatamować krwawienia, a nie mogłam siedzieć tu bezczynnie, gdy co chwilę jakaś kula przecinała powietrze, a oni mnie potrzebowali.
Zmrużyłam oczy i wpatrzyłam się w jednego faceta, który stał nieopodal, a jeszcze mnie nie zauważył. Na czworaka przedostałam się na tył samochody, a później skoczyłam na niego, wytrącając mu spluwę z rąk. Był dwa razy większy ode mnie i tylko cud mógłby mi pomóc go pokonać. Spróbowałam go kopnąć z półobroty, ten okazał się mieć imponujący refleks i obronił się przed atakiem, a dodatkowo chwycił moją nogę i przekręcił ją, a ja runęłam na ziemie, przy okazji rozwalając sobie nos. Nie miałam siły się podnieść, więc tylko przeturlałam się metr dalej i dopiero wtedy chwiejnym krokiem wstałam, ocierając twarz z krwi. Lewą ręką sięgnęłam do kostki, gdzie miałam ukryty nóż.
Facet patrzył na mnie lodowatym wzrokiem, którego odwzajemniłam. W jego oczach dostrzegłam dodatkowo błysk rozbawienia, znajdował się on tylko tam przez sekundę, ale dał mi powód, by nie atakować jego, a osobę stojącą za mną. Nie pomyliłam się, przecięłam koszulkę i brzuch innego mężczyzny, a potem wbiłam go głęboko, mając nadzieję, że uszkodzę jak największą ilość organów. Po sekundzie poczułam jak mój nadgarstek zostaje unieruchomiony i mocne uderzenie w plecy, po czym po raz kolejny spotkałam się z betonowym podłożem. Ktoś przycisnął buta do moich pleców, przez co nie mogłam oddychać. Nóż wypadł mi z dłoni wprost do wroga, a ten długo nie czekając przejechał mi nim po drugiej ręce, od ramienia aż do łokcia. Choć starałam się, nie potrafiłam powstrzymać krzyku. Pociągnął mnie za włosy i odchylił głowę do tyłu, a zakrwawiony nóż przyłożył do tętnicy. Z trudem przełknęłam ślinę. Zacisnęłam zęby i modliłam się, by w oczach nie pojawiły mi się łzy.
Nie miałam już drogi ucieczki, ale nie martwiłam się o siebie, ten dzień kiedyś miał nastać. Może i nie dożyłam nawet osiemnastki, ale to nie miało znaczenia. Bałam się o moją rodzinę. Nie mogłam rozejrzeć się, by wiedzieć, czy są bezpieczni. Nie widziałam nawet Paula. Tuż przy mojej twarzy znalazła się para bardzo drogich butów i skrawek spodni od garnituru szytego na miarę.
-Podnieść ją- rozkazał Borys. Nadal mogłam wyczuć ostrze noża tuż przy skórze, kiedy szarpnięciem zmuszono mnie do wstania. Krew spływała mi po ramionach i twarzy, a w ustach miałam jej metaliczny posmak. Obraz przed oczami był odrobinę nie wyraźny, a ja ledwo utrzymywałam się na nogach. Przygryzłam dolną wargę, kiedy ręce zostały pociągnięte do tyłu, a tam związane sznurem, boleśnie wbijającym mi się w skórę.

-Ojciec wiedział, że żyjesz- zrobiłam krok w tył. Ojciec wiedział, że on żył. Ojciec wiedział, że kilka lat temu pojadę za Maxem i zabiję tamtego chłopaka.
Nagle jakby zalała mnie fala olśnienia. Nie obchodził mnie teraz psychopata, jego zrzuciłam na dalszy plan. Oni chcieli, bym zabiła Alana . Nie. To nie ja go miałam zabić. To miał zrobić Max.
Miałam mętlik w głowie. Słowa, które powiedział mi James były tylko skrawkiem prawdy. Ja sama tego wszystkiego nie rozumiałam. Dlaczego on wtedy chciał się spotkać z Maxem, skoro nie chciał go zabić.?
-Ty chciałeś go zabić- wymamrotałam pierwszy raz bojąc się własnego brata.
-Cholera jasna!- wydarł się.- Jasne, że nie. Ann, dlaczego wymyślasz takie bzdury?
-Bo nikt mi nie mówi prawdy?- zadałam retoryczne pytanie.- Bo wszystko przede mną ukrywacie? Dlaczego ojciec Lu wiedział, że mamy brata? Dlaczego szantażował ojca, chciał, by jego syn mnie zranił? Bym dostała się do Organizatora? On chciał mnie zranić, zemścić się za śmierć jedynego syna, czy chciał bym dowiedziała się prawdy? Dlaczego spotkałeś się z tym chłopakiem? On nie chciał cię zabić, prawda? On tylko chciał prawdy, tak jak ja? Czy przez prawdę, także umrę? Czy doszukując się prawdy, doszukam się jedynie śmierci? Właśnie o to chodzi? Ty wiesz wszystko, nie? Dlatego nie chcesz się ze mną spotykać. Dlatego mnie zostawiłeś, bym była bezpieczna?
Widziałam jak coś w nim pęka. Maska, którą miał, zanika. Po chwili patrzyły na mnie dobrze mi znane brązowe oczy. Takie same jak moje. Jego były pełne miłości, troski. Czułam, że w końcu do niego dotarłam. Że mój braciszek wrócił.
-Nie udało ci, się Max- po policzkach zaczęły spływać mi łzy. Ból był nie do zniesienia. Już nic nie miało sensu.- On mnie szuka. Nie wiem kim jest, ale on zna prawdę. On zabił babcię, spowodował wypadek Jake'a. On chce mnie.
(…)
Naprawdę jest w świecie żywych. Tylko się ukrywa, ukrywa do dnia, w którym wszystko się ułoży. Do dnia, gdy prawda nie będzie oznaczała śmierci. Kiedy będziemy bezpieczni.


-Prawda oznacza śmierć- szepnęłam wpatrując się w oczy brata, bijące przerażeniem. On również był otoczony, ale nie bał się o siebie. Jego stan był dużo lepszy od mojego. Miał rozciętą wargę i łuk brwiowy, ale to chyba były wszystkie jego rany. Bał się o mnie, widziałam to w jego oczach.
-Pięć lat- zaczął Borys zakładając dłonie z tyłu pleców i maszerując tuż przede mną w tę i z powrotem.- Pięć lat po śmierci Alana jego rodzeństwo zniknie z powierzchni ziemi.
Zaśmiał się do siebie, jakby to był dobry żart. Zatrzymał się nagle i popatrzył mi w oczy. Nie miał na sobie okularów przeciwsłonecznych, nie miał kamiennej twarzy i nie dawał mi kazania, że źle wykonałam swoją robotę. To nie był on.
-Czy to nie żałosne, Anno?- prychnął.- Jak wiele są w stanie zrobić rodzice, dla dobra dzieci. Jak wiele brat jest w stanie oddać, by siostra była bezpieczna.
Nie zamierzałam reagować na jego zaczepki, tylko tego chciał. Pozbawić mnie honoru.
-Ale ty byłaś niewdzięczna, prawda? Musiałaś zrobić na przekór im i wchodzić w coś, co ciebie nie dotyczyło.
-A ciebie może tak?- wywróciłam oczami, choć nawet to sprawiało mi ból.
-Nie byłaś tego warta- syknął.- Nie jesteś warta niczego, no bo kim ty niby jesteś? Plamisz honor rodziny, firmy.
Wyrzucił dłonie w powietrze oburzony moim postępowaniem, a kąciki moich ust mimowolnie uniosły się ku górze.
Zacmokał trzykrotnie zdegustowany.
-Nie zasłużyłaś na to, by nazywać się Collins i należeć, ba posiadać ją- warknął.
Nigdy nie można być pewnym tego, co wydaje się właściwe. Bo to zazwyczaj bywa zgubne.
Poruszyłam się nieznacznie, lecz to spowodowało tylko jedno, że sznur bardziej wbił mi się w skórę. Kosmyk włosów we krwi opadł mi na twarz, nie zamierzałam wykonać czegokolwiek, by się go pozbyć.
-Pupilka mafiozy- zaczął wyliczać z obrzydzeniem.- Najpierw twoja matka, a później ty. A mówiłem Robertowi, by ją zostawił od razu po tym, jak go zdradziła.
-To ty- powiedziałam lodowatym tonem.- To ty byłeś tą osobą, która o wszystkim wiedziała. To ty kazałeś ojcu pozostawić wszystko w tajemnicy i to ty chciałeś śmierci Alana.
Prychnęłam, za co oberwałam w policzek. Nie zamierzałam przestać mówić.
-Myślałeś, że się nie dowiem, iż Max pojechał się z nim spotkać, prawda? Nagadałeś Alanowi, że Max chce go zabić. Że jemu nic się nie należy! Nie sądziłeś, że ja się tam pojawię.
-To twój największy błąd- wysyczał przez zaciśnięte zęby.- A ich, że kazali mi cię wyszkolić. Jesteś suką, zabiłaś własnego brata.
Zakpił ze mnie i próbował mnie zdenerwować. Jednak nic na mnie nie działało, ze spokojem przyjmowałam tą wiedzę, wyczekiwałam tego dnia od miesięcy i doczekałam się go. A że za chwilę miałam umrzeć... To było co innego.
Podszedł do mnie i wyszeptał do ucha.
-Dziwka śmiecia.
Zrobił to w taki sposób, by wyglądało, że tylko ja mam to usłyszeć, ale powiedział to na tyle głośno, iż usłyszeli to wszyscy. Do moich uszu dotarł dźwięk szurania, co oznaczało, że kilka osób próbowało się wyrwać. Chwycił moją głowę dwoma palcami i obrócił ją tak, bym zobaczyła Paula i Jake'a.
-Oni zginął przez ciebie, wszyscy giną przez twoją osobę. Nie jesteś tego warta, nikt cię nigdy nie będzie chciał. Jesteś śmieciem, Anno. Błędem swoich rodziców, którzy ponieśli już konsekwencje.
-Nie słuchaj go- zawołał Max, przymknęłam oczy by nie widzieć jak za to obrywa. Usłyszałam natomiast jak się zakrztusił. Najprawdopodobniej krwią.
Krew kapała na beton, a ja byłam coraz słabsza. Rany zapewne nadawały się do szycia.
-To naprawdę przykre, że jesteś aż tak zazdrosny- zaśmiałam się i również zakrztusiłam krwią. - Do niczego nie doszedłeś w życiu, Borys. Organizator miał pozycję w mieście, ba w Kalifornii lepszą od ciebie. Miał władze, pieniądze i reputacje. Mój ojciec ma więcej od ciebie i doszedł dalej niż ty, bo ty po tylu latach nie miałeś nawet własnego zastępcy.
Popatrzyłam mu pewnie w oczy.
-Ja miałam więcej od ciebie, nawet Juliet ma więcej. I już nie ważne są pieniądze, firma czy cokolwiek innego. My mamy rodzinę i nawet jeśli mnie zabijesz, nic nie zyskasz.
Po raz kolejny oberwałam w twarz, do tego stopnia mocno, że głowa obróciła mi się w bok.
-Nigdy więcej nie waż się tak do mnie mówić- wydarł się na mnie.
-Nigdy więcej nie próbuj grozić mojej rodzinie- odparłam całkowicie spokojnie, nie wzruszona jego słowami.
-Jeśli jeszcze nie zrozumiałaś, to ja jestem górą- dał jakiś znak, a potem zobaczyłam, jak jeden z facetów wymierza z broni w Paula i przestrzela mu nogę. Zaparło mi dech w piersiach i przez kilka sekund nie potrafiłam oddychać. Widziałam grymas bólu malującego się na jego twarzy, kiedy zaciskał dłonie, by nie krzyknąć. To było jak wbicie sztyletu prosto w serce, nie potrafiłam znieść widoku jego w tym stanie, bo chciałam go chronić, ale przez to stała mu się jeszcze większa krzywda.
Musiałam szybko coś wymyślić.
-Nie zależy ci na ich śmierci- stwierdziłam.- Chcesz tylko dopaść mnie, więc śmiało. Zamierz mnie, ale ich wypuść.
To nie była prośba, to był rozkaz. Ostatni rozkaz w moim życiu. Ostatnia misja, którą musiałam zakończyć. Ostatni rozdział.
-Dobra decyzja- potarł ręce, a potem na powrót spoważniał.
-Zabrać ją.

----------------
Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
(…) byłbym niczym

Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
(…) nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
(…) Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
-------------------
Evanescence "All That I'm Living For"
"Hymn o miłości"

Nie mam pojęcia, co mam Wam napisać. Może powinnam przeprosić za to, że dopiero teraz ukazał się nowy rozdział, ale naprawdę nie z powodu tego, że mi się nie chciało. Internet mi nawalał i dopiero wczoraj jako tako zaczął współpracować choć nie do końca, bo jedna strona otwiera mi się minimum dziesięć minut, i naprawdę nie przesadzam. A dodatkowo telefon mi się zepsuł, a tam miałam większość rzeczy na bloga, nie tyle tego co na Świat bez tolerancji oraz trzeciego, który dopiero ma powstać. I mało mnie szlak nie trafił, bo telefon mam od dziesięciu miesięcy.
Czy trzecie opowiadanie będzie na nowym blogu czy na tym? Sama jeszcze tego nie wiem, większość z Was wolałaby na nowym, natomiast ja się nadal waham, bo jeśli miałoby ono być dodawane tutaj, zmieniłabym szablon i dodała podstronę gdzie byłby linki do wszystkich rozdziałów NIENAWIŚCI i opisy obu części.
Jeżeli ktoś chciałby być poinformowany o rozpoczęciu pracy nad trzecią cześcią, to byłoby miło jakby poinformował mnie o tym w komentarzu i napisał gdzie ewentualnie mam tę wiadomość zamieścić. Trzecia część jeżeli będzie, zacznę ją dodawać za kilka miesięcy, może w grudniu? Z tym również nie jestem pewna.
Kolejny rozdział najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu.
Do napisania. 

niedziela, 7 września 2014

Opóźnienie

Na samym początku muszę przeprosić za brak posta. Udało mi się znaleźć czas tylko dla drugiego bloga, a dodatkowo internet nie chce za mną współpracować i muszę do Was pisać z telefonu. Rodział pojawia się w przyszłym tygodniu,mam nadzieję, że zrozumiecie.
Przepraszam jeszcze za pomyłkę, która wdarła się wczoraj. Oczywiście nadal piszę NIENAWIŚĆ i nie zamierzam pozostawiać jej bez zakończenia.
Jeszcze raz przepraszam.
Do napisania

piątek, 29 sierpnia 2014

Rozdział 22 (cz.2)

Zabierz mnie tam, gdzie kończy się walka
zmyj truciznę z mojej skóry
pokaż mi, jak być kompletnym*


-----------------------------------------
Patrzył na mnie przez chwilę, a w jego oczach zobaczyłam jakiś błysk. Kąciki ust delikatnie mu zadrżały. Nie interesowało mnie zdanie Maxa ani Jareda. Dawną Ann na pewno by interesowało, na pewno uzgodniłaby z nimi to, ale ja już nią nie byłam. Ona była przy Paulu, ona należała do niego.
Ja do niego należałam, ale to nie miało znaczenia. Musiałam jakoś zakończyć ten rozdział, musiałam naprawdę pokazać, że jestem snem. Jestem kimś, o kim się zapomina tuż po przebudzeniu. Jest uczucie, że powinno się pamiętać, ale po kilku godzinach, nawet o tym uczuciu się zapomina.
Możliwe, że w tym momencie wykorzystałam Jake. Ale on chyba o tym wiedział, znając go, nawet gdybym zaprzeczyła, zostałby. Nie pytał czy jestem pewna, czy naprawdę tego chcę i dobrze, bo te pytania należały do Paula. Jego spojrzenia, ton jaki odnosił się do mojej osoby, całkowicie różniły się od stylu Jake'a. On nie znał słowa „nie”. Byli jak ogień i woda, całkowicie inni. A każda z moich stron należała do innego.
Stanęłam na palcach i musnęłam ustami, wargi mężczyzny. Nie obchodziło mnie to, czy ktoś na nas patrzy. Czy przez to Max nie będzie chciał zabić go jeszcze bardziej. Nie zrobi tego, bo wie, że to mnie by zabolało.
On przyciągnął mnie do siebie i gwałtownie wbił swoje usta w moje wargi, nie pozwalając oddalić się nawet na minimetr. Pamiętałam, kiedy ostatni raz mnie pocałował, wtedy też został pobity przez mojego brata, a kilka dni później właśnie straciłam blondyna.
Wiedziałam, że długo czekał na ten pocałunek. Ale dla mnie nie znaczył tyle, ile dla niego. Nie potrafiłam się zmusić, by nie myśleć o brunecie, choć usilnie próbowałam wyrzuć go z swojej głowy. Dlatego, kiedy odsunęłam się od niego, byłam pewna, że to wyczuł.
-Chcesz tu mnie, czy jego?- warknął do mojego ucha tak cicho, bym tylko ja to usłyszała i opuścił halę.
Stałam chwilę w osłupieniu, tak samo jak pozostali. Nie czekając na ich reakcje, podążyłam za szatynem by go zatrzymać. On był moją jedyną nadzieją. Tylko on mógł sprawić, że zapomnę o Paulu.
Nie zapomnisz o nim nigdy.
Uciszyłam swoje myśli, musiałam zapomnieć. Dla bezpieczeństwa, dla lepszej przyszłości. I tu nie chodziło o mnie, tu chodziło o niego.
Nagle czyjaś dłoń chwyciła moją rękę i zatrzymała mnie. Obróciłam się w stronę brata i rzuciłam mu wściekłe spojrzenie.
-Tego chciałeś, prawda?! Żebym przez Jake'a zaczęła myśleć o Paulu?!
-Ann...- próbował mnie uspokoić, ale to tylko bardziej mnie zdenerwowało.
-Nie udało ci się, Paul nie ma dla mnie żadnego znaczenia- krzyknęłam, by ukryć drżenie kłamstwa.- Wybrałam Jake i musisz się z tym pogodzić.
Wyrwałam rękę z jego uścisku i odeszłam, a za mną zapanowała głucha cisza.
Powietrze na zewnątrz było świeże i przyjemne, a dodatkowo po kilku oddechach uspokoiło mnie. Czas nieubłaganie biegł i coraz mniej go pozostawało, a dodatkowo co chwilę dochodziły nowe problemy.
Stał oparty o drzewo, jakby niczym się nie przejmował, a w dłoni miał zapalonego papierosa, z którego wydobywał się szary dym.
Podeszłam do niego i założyłam dłonie na klatce piersiowej.
-Wiedziałem, że przyjdziesz- mruknął i zaciągnął się nikotyną.
Prychnęłam pod nosem.
-Specjalnie to zrobiłeś- udałam, że to mnie zdenerwowało, choć chciałam się zaśmiać.
-Nie.- Popatrzył mi prosto w oczy i widziałam w nich, że był urażony.- Jesteś moja, zawsze byłaś i nie interesuje mnie jakiś gówniarz.
Mówił całkowicie poważnie. Tak naprawdę nigdy nie byliśmy razem, ale wiedziałam, że on tylko czekał na moment, w którym na to pozwolę.
-Jednak nie będę znosił tego, że całując mnie, myślisz o nim- wyznał, a mnie to zaskoczyło. Takie niby banale zdanie, ale nie pasowało ono do niego. Czy on także zmienił się przez te kilka miesięcy? A może już wcześniej był inny, tylko ja na to nie zwracałam uwagi?
-Nie musisz- odparłam chłodno.- Paul już nic dla mnie nie znaczy.
Zielonooki podszedł do mnie.
-Lepiej, żeby tak było.

Nigdzie nie było śladu Jamesa i Isabell, ale nawet to i lepiej, chyba każdy wiedział, że sprowadzenie ich tutaj było największym błędem Jareda. Miałam nadzieję, że jest tego świadomy. Choć w stanie, w którym teraz był, wątpiłam, by cokolwiek do niego docierało, bo gapił się na motocykl Maxa jakby był ze złota, albo stałaby przed nim jakaś naga laska.
-Więc- zaczął, choć nadal gapił się na ścigacz, zauważyłam, że blondynowi zaczyna to nie pasować.- Jak jedziemy?
Podniósł wzrok i spojrzał na mnie, jakby to wszystko zależało ode mnie, z czego byłam bardzo zadowolona, oczywiście nie dałam po sobie tego poznać. Przejechałam wzrokiem po wszystkich zebranych i wzruszyłam ramionami.
-Jadę sama, wy róbcie co chcecie.
Jedyne co było ważne to, to żeby odbić dziewczyny. Potem się nie liczyło, potem nie istniało.
-Nie ma opcji.- Blondyn gwałtownie podniósł się z miejsca, jakby chcąc mnie powstrzymać. Wiedziałam, że będzie próbował kogoś mi wcisnąć, ale ja nie zamierzałam na to się zgodzić. Może i powinnam, pewnie potrzebowałam kogoś, kto w razie czegoś zasiądzie za kierownicą, ale musiałam jechać sama, bo gdybym zginęła to tylko ja.
-Powiedziałam. Jadę sama- podkreśliłam wszystkie wyrazy i dodałam ton, którego mój brat tak bardzo nie znosił.
Toczyliśmy walkę na spojrzenia, ten który pierwszy odwróci wzrok, przegrywa. Widziałam, jak zaczyna się poddawać, już prawię wygrałam, kiedy ryk silników zwrócił uwagę wszystkich. Na ich twarzach widziałam zszokowanie.
-Jared!- krzyknęłam próbując przekrzyczeć ryk silników.- Broń.
Nie było już szans na ucieczkę, nie mieliśmy już szans by ich zaskoczyć, bo to oni zaskoczyli nas. Trzymając broń w dłoniach, udaliśmy, że się ich nie spodziewamy. Musieliśmy grać, bo czas został nam odebrany, a z nim szansa na uratowanie dziewczyn.
Stałam tyłem do wejścia i dopiero kiedy samochody wjechały do fabryki, niby od niechcenie obróciłam się w tamtą stronę. Zostaliśmy zdradzeni.
Były same mercedesy i jeden samochód terenowy. Zmarszczyłam brwi, bo tylko jedna znana mi osoba jeździła tą marką samochodową. Jednak to nie mogło być możliwe, nie ta osoba.
Z pojazdów wysiedli sami mężczyźni i zaczęli nas okrążać.
-Nie wiecie, że się puka?- spytał Jared przybliżając się do mnie.
-Trochę kultury, by nie szkodziło- mruknęła Juliet podnosząc się z miejsca.
Robili wszystko by zyskać na czasie, by mieć chociaż kilka minut. Oni nie celowali do nas, ale mieli przy sobie broń, stojący obok mnie Max wymienił ze mną porozumiewawcze spojrzenia. To była nasza broń. Naszej firmy.
-Ruda- zawołał brunet.- Oni chyba angielskiego nie rozumieją.
W innych okolicznościach zapewne wybuchnąłby śmiechem, ale nie teraz. Wyczuwałam w jego głosie lekkie poddenerwowanie, ale on robił wszystko by to zamaskować. Byliśmy otoczeni, każdy od każdego oddalony o kilka kroków. Nie mieliśmy zbyt dużo pola do manewru, a przede wszystkim było nas za mało. Ale nawet wtedy, kiedy serce biło mi dwa racy mocniej, krew zaczynała huczeć w uszach, nie zamierzałam się poddać. Wszystko co było teraz ważne, to się nie poddać. Przysięgałam, że będę walczyć do końca i zamierzałam tą obietnicę dotrzymać.
Wpatrywałam się obojętnym wzrokiem w dwa ostatnie samochody. Największą uwagę skupiłam na terenówce, z której jeden łysol wyciągał jakiegoś chłopaka. Ten szarpał się, a w pewnym momencie facet uderzył go z pięści w brzuch, a przez moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Chłopak schylił się, ale nadal nie mogłam dostrzec kim on jest, ponieważ stał tyłem i usilnie chował swoją twarz i wszystko co mogłoby zdradzić jego tożsamość.
Powinnam patrzeć na drugi samochód. Powinnam, ale tego nie zrobiłam, a teraz było za późno. Za późno, by nie zobaczyć kim jest chłopak.
Łysol rzucił go kawałek od moich stóp. Nie liczyło się to, że przyniosło to ze sobą wspomnienia, bo ten sam facet rzucił kiedyś tak Jakiem, to się nie liczyło. Chodziło o coś innego. On spróbował podnieść się z ziemi, a gdy jego wzrok natrafił na moją osobę, zdusiłam w sobie krzyk, bo oto u moich stóp leżał...
-Paul...
-Miłość jest dla słabych, nieprawdaż.
Czułam, że moi ludzie, moja rodzina przysuwa się do mnie, choć w rzeczywistości nie ruszyli się nawet o krok. Ale czułam ich obecność, wiedziałam, że chcieli wymazać ten obraz z mojej pamięci, ale nie mogli. Mogli tylko stać i być przy mnie. Walczyć u mego boku.
Max poruszył się nerwowo i ruszył, by mnie zasłonić, ale nie pozwoliłam mu na to, bo było za późno. Nie musiałam widzieć Go, żeby wiedzieć, kto nas zdradził. Kolejny cios prosto w serce. Nie wiedziałam, że bliskie osoby, rodzina, mogą cię zdradzić i to w taki sposób. Tak bardzo okrutny sposób, niszcząc cię psychicznie i zabierając bliskich. Moje ciało drżało z nienawiści, tak to właśnie to uczucie zaczęło mną panować. Zaciskałam dłoń na miejscu, w którym znajdował się mój pistolet. Mogłam się rozpłakać, tak jak kiedyś. Mogłam zasypać go pytaniami, dlaczego to zrobił, ale nie potrafiłam. Nie mogłam zrobić im tego, bo oni wierzyli we mnie.
Mężczyzna ruszył w moją stronę, a obok mnie rozniósł się odgłos odbezpieczanej broni. Nawet nie musiałam patrzeć, by wiedzieć, że to moi.
-Nie ruszaj się- warknął Jared wymierzając do niego z karabinu. Jednak on nie przejął się tym widokiem.
W tym samym momencie ponownie usłyszałam dźwięk broni, oni mieli jej więcej. Kolejny dowód, że jest nas mniej i możliwe, że jesteśmy słabsi.
-Max, miło cię znowu widzieć- Zaśmiał się, ale nadal patrzył na mnie. Nie wydawał się zbytnio zaskoczony widokiem mojego brata, więc już wcześniej ktoś musiał poinformować go.
Nie dawałam po sobie poznać, że cokolwiek mnie ruszyło. Mogłam się założyć, że na twarzy miałam taki sam wyraz, jak wtedy, kiedy pierwszy raz się tu pojawiłam.
-Odłóż broń, Anno- patrzył mi prosto w oczy z wyraźnym rozbawieniem, lecz dostrzegałam w nich małe zaskoczenie, moją postawą. I dobrze, niech się boi. Ma się bać, to on wszystkiego mnie nauczył, ale nie wiedział, że dając mi wiedzę, daje mi też możliwość by poznać jego słabości. Tak jak on moje.
-Borys- wyplułam te słowo, jakby były największą obelgą. Ktoś wciągnął powietrze. Jednak nie odwróciłam wzroku. Jeśli bym to zrobiła, ujrzałabym twarz Paula, który był pobity. Ten widok by mnie złamał, pragnęłam tylko podbiec do niego i wtulić się w jego ciało, wdychając znajomy zapach. Cóż za ironia, bo to właśnie dla jego bezpieczeństwa go zostawiłam, a kilka godzin wcześniej obiecałam innemu, że nic nie poczuję na jego widok. Jednak było to kłamstwo. Bo z nim były wszystkie moje uczucia.
I teraz nie ważne było to, że osoba, którą uważałam za drugiego ojca, zdradziła mnie. Teraz będę musiał wybierać. Między rodziną, a Paulem, choć jeszcze kilka godzin wcześniej zaliczyłam ich do jednej grupy. Jednak znajdowałam się pośrodku, między Jakiem, a brunetem. Między Lilith, a Anną. Między tym, czy uczucia mają istnieć, czy też nie. Między miłością, a bezpieczeństwem.
Wybrałam.
-Ty sukinsynu!- Wiedząc o konsekwencjach swojego czynu pociągnęłam za spust i trafiłam między oczy Jamesa, stojącego za Borysem. Ten upadł na kolana, a w jego twarzy wyprysła krew brudząc go i podłogę obok niego. Wziął ostatni oddech, jego gałki oczne wywrócił się i zmarł. Dopiero teraz miało rozpętać się piekło.
 --------------------------------
Linkin Park "Casstle of glass"
Nie podoba mi się ten rozdział, ogólnie miał on kompletnie inaczej wyglądać. Ale cóż, opinię pozostawiam Wam.
Za kilka dni szkoła, rozdziały najprawdopodobniej będą nadal dwa razy w tygodniu, tak jak to było w roku szkolnym. 
Zastanawiam się i także pytam Was o zdanie. Nowe opowiadanie chcielibyście, żebym umieszczała tutaj, czy żebym utworzyła nowego bloga?
Czekam na Wasze odpowiedzi.
Do napisania.

sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział 21 (cz. 2)

To było życie, którego nie chciałam porzucać.
To było życie, którego nie chciałam zapomnieć.
Jeszcze nie miałam dość.
Jeszcze było tak wiele do powiedzenia*

-------------------------------

Na wattpad kolejny rozdział.
Życzę miłego czytania

Niektórzy ludzie samym byciem powodują uśmiech na naszych twarzach. Nie muszą nic mówić ani robić, po prostu są przy nas i to daje nam niesamowitą radość.
Tacy ludzi zazwyczaj są dla nas bardzo ważni, uważamy ich za przyjaciół, członków rodziny, a czasami właśnie rodzina to ludzie, dzięki którym tak się czujemy. Kochamy ich, każdego na swój sposób i każdego inaczej, jednak gdyby trzeba było stanąć przed wszystkimi i wybrać osobę, której najbardziej nie chce się stracić, było by to bardzo trudne, bo każde odejście jest bolesne.
Są też ludzie, chcący za każdą cenę znaleźć twoją słabość, by potem móc cię zniszczyć, by móc odebrać ci wszystko co posiadasz i co sprawia, że czujesz, że żyjesz.
Więc skoro nie możesz wybrać tylko jednej osoby, nie potrafisz wybrać jednej osoby, co zrobisz? Zapomnisz o swoich uczuciach, twoje „ja” zniknie, by uratować bliskich. Poświęcisz się, by oni mogli żyć, będziesz ich widzieć, słyszeć, ale będą jakby za szybą, za murem, powodującym, że już nigdy nie będzie tak jak dawniej, że będziesz sprawiać tylko wszystkim ból, choć nie tego się spodziewałeś. Nie chciałeś ich stracić, nie chciałeś by umarli, a sam spowodowałeś, że już nigdy nie będą przy tobie. Bo to ty odszedłeś. To ty ich zostawiłeś.
Stałam oparta o samochód, którym trzy godziny wcześniej wygrałam wyścig. Zastanawiające było jak w jednej chwili ludzie mogą zacząć się ciebie bać, chociaż chwilę wcześniej uważali cię za słabą osobę. Zrozumiałam, że jeśli nie wykazujesz żadnych uczuć, jesteś niepokonany. Jeśli nie masz uczuć, jeśli nikogo nie kochasz, nie masz czegoś, co twój wróg by ci odebrał.
-Wróciłem, skarbie.
Wzdrygnęłam się, kiedy usłyszałam czyjś głos tuż obok siebie. Dopiero po chwili zorientowałam się do kogo należy ten głos. Poczułam kilka uczuć naraz, sprzecznych uczuć. Musiałam się wysilić, żeby znów opanował mnie chłód. Uczucia należały do Ann, a jej już nie ma. Jestem tylko ja.
-Jake- powitałam go chłodno.- Co tu robisz?
Na jego ustach uformował się dobrze mi znany kpiarski uśmiech, który jak zawsze nie sięgał jego oczu. Patrząc w nie, widziałam tylko pustkę zieleni, w której nie było nic żadnych uczuć, żadnego człowieczeństwa. Były takie same jak moje. Próbowałam się oszukać, że nie widzę w nich tego błysku, którego przez te wszystkie lata chyba jako jedyna dostrzegałam. Nie mogłam go dostrzec, bo on ukazywał tą ludzką część Ronana, a tą częścią byłam ja. Ta dobra ja.
-Uprzejma jak zwykle.
Założyłam dłonie na klatce piersiowej i odsunęłam się od maski samochodu, by móc stać prosto.
-Kochanie, chyba nie powiesz mi, że nie cieszysz się z mojego widoku?- Wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni spodni i poczęstował się jednym, przy tym uważnie mnie obserwował.
Patrzyłam na niego znacząco, nie odzywając się w ogóle. Ten tylko wywrócił oczami, ale ku mojemu niezadowoleniu nie schował papierosa, a wręcz przeciwnie. Odpalił go i przyłożył do swoich ust by zaciągnąć się nikotyną. Do moich nozdrzy dotarł nieprzyjemny dym papierosowy. Zakrztusiłam się odrobinę i powachlowałam dłonią powietrze, by odgonić od siebie to świństwo.
Wstrzymałam oddech, kiedy szatyn się do mnie zbliżył na niebezpieczną odległość. Przejechał dłonią po moim policzku, a ja przymknęłam oczy i zacisnęłam dłonie w pięści. Tak naprawdę moje serce krwawiło, było rozerwane na malutkie kawałeczki i chyba nic nie było w stanie ich posklejać. Moje serce należało do bruneta. Ja należałam do niego, ale jednocześnie tej mnie już nie było.
Dlatego pozwoliłam, by on mnie dotknął. Wiedziałam, że czekał na moment, aż w końcu mu na to pozwolę. Aż nie będę stawiać oporów przed jego dotykiem. Nawet nie wiedział, ile musiałam dać z siebie, by to zrobić.
Powoli uniosłam powieki i sięgnęłam dłonią po papierosa umieszczonego w jego drugiej dłoni. Wyrwałam mu go i rzuciwszy nim o beton, przydeptałam go swoim butem.
-Oto moje kochanie- zaśmiał się jakby z ulgą. Wywrócił oczami, ale widziałam, że był zadowolony z mojej reakcji.
-Zrozumiałam.- Patrzyłam mu prosto w oczy, czekając aż zorientuje się o co mi chodziło. Nie musiałam długo czekać.

-Czy ty naprawdę chcesz umrzeć?- nie wytrzymałam.- Debilu, trzymam się od ciebie z daleka, bo obiecałam to Maxowi i nie chcę by coś ci się stało, a ty masz do mnie wyrzuty o to, że nie chcę byś mnie całował? Jake, ja chcę zacząć normalnie żyć. Chcę skończyć szkołę, pójść na studia, a później żyć jak normalny człowiek z tym, że moją pracą będzie ochranianie innych ludzi.
-Dobrze wiesz, że nigdy nie będziesz normalnie żyć. 
-Muszę iść- wyminęłam go.
-Zaczekam, aż w końcu to zrozumiesz- powiedział za mną. 

-Chcesz, bym wrócił?- spytał nagle, wprowadzając mnie w małe zakłopotanie. Nie wiedziałam, co kryje się pod tym pytaniem i próbowałam to rozgryźć, jednak nie mogłam kazać mu długo czekać na odpowiedź.


-Nic o nim nie wiecie.- Ruszyłam w kierunku schodów.
-Wracaj.- Usłyszałam za sobą głos brata. Zignorowałam go.
-Ann, wracaj- powtórzył.- Nie pamiętasz, co się stało wtedy?
Przed oczami znów miałam tamtą chwilę. Ich szydercze śmiechy. Zacisnęłam oczy.
-To nie była jego wina- jęknęłam.
-On jest nikim, Ann. To śmieć. Chcesz przez niego zacząć brać?- Brat jak zwykle mówił do mnie spokojnie.
-Skończył z tym- broniłam go.
-I ty mu uwierzyłaś?
Obróciłam się w stronę brata.
-On tobą manipuluje, Ann.- Blondyn patrzył na mnie z troską.- Dlaczego wierzysz w każde jego słowo? Dobrze wiesz kim on jest i nie zmieni się dla ciebie. Taką dziewczynę jak ty, ma w każdym mieście. Znajduję dziewczynę, która wierzy w każde jego słowo, a później to wykorzystuje. Czy ty tego nie widzisz?

Po raz kolejny przymknęłam oczy, próbując inaczej zinterpretować te wspomnienie. Zastanowić się, co bym zrobiła, gdybym miała tą wiedzę co teraz, jednocześnie zastanowiłam się, co pomyślę w przyszłości o tej chwili, gdy będę miała jeszcze więcej wiedzy.
-Co tu robisz?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
-Ja go tu sprowadziłem.- Do moich uszu dotarł głos Maxa przepełniony troską. Nie potrafiłam znieść tej troski, bo kazała mi ona przestać udawać, kazała przytulić się do brata i poprosić go o pomoc, a tego nie mogłam zrobić.
Nie wiedziałam, co miałam zrobić. Miałam mętlik w głowie, a za kilka godzin musieliśmy wyjeżdżać. To nie był temat na tą chwilę. Nie mogłam stanowczo powiedzieć Jake'owi, że nie chcę by wrócił, ale nie mogłam też go poprosić o to, aby nie odchodził. To co do niego czułam, tego praktycznie nie było. Jedyną osobę jaką naprawdę kochałam był Paul i tylko on się liczył, ale wiedziałam, że przy mnie nigdy nie byłby bezpieczny, że zawsze groziłoby mu niebezpieczeństwo. Z Ronanem było wręcz przeciwnie, on mimo że sprowadzał same kłopoty i on sam je oznaczał, nie groziło mu aż takie niebezpieczeństwo.
Co miałam wybrać? Chłopaka, który był dla mnie wszystkim, ale przeze mnie mógł nawet zginąć, czy mężczyznę, z którym coś mnie łączyło, którego mogłabym wyciągnąć z bagna, ale będąc przy nim nigdy nie zapomniałabym o Paulu?
Czy miałam zachować się egoistycznie i mieć przy sobie Paula, czy pozwolić mu żyć normalnie i tak jak na to zasługiwał?

-Wyjechałaś z Los Angeles, tak?- spytał retorycznie.
-Tak, a przed tobą stoi moja siostra bliźniaczka- odparłam sarkastycznie.
Zaśmiał się, ale nagle mina mu zrzedła.
-To ten gówniarz, z którym wtedy byłaś- bardziej stwierdził niż zapytał.
Obróciłam się i zauważyłam Paula, który szedł w naszą stronę. Gdy chłopak podszedł, widziałam jak obaj mierzą się wzrokiem. Nagle brunet objął mnie i spostrzegłam, że uśmiecha się zadowolony do Jake'a.
-Przedstawisz mnie swojemu koledze?- spytał Jake wpatrując się w Paula morderczym wzrokiem.
-Chłopakowi- poprawił go Paul nadal mając na twarzy zadowolony uśmiech. Jake za to zacisnął dłonie w pięści.
Coraz bardziej przestawało mi się to podobać. Niepewnie spojrzałam w oczy Jake'a.
-Powiedz, że kłamie- wysyczał przez zaciśnięte zęby.

Teraz też spojrzałam niepewnie w oczy mężczyzny. Paul. On nie był tylko moim chłopakiem, a w tej chwili niestety już byłym, ale także przyjacielem, bratnią duszą i najważniejsze. Moją normalnością, moją dobrą stroną. Tyle, że ja nigdy nie miałam prawa być normalna. Nie miałam prawa normalnie żyć, a nawet o tym marzyć.
Tym razem znów musiałam skłamać.
-Chcę byś został- powiedziałam z pewnością w głosie.- Chcę byś został ze mną i dla mnie.

 
Dziewczyny na kilka godzin przed podróżą zostały rozdzielone i zamknięte w osobnych pomieszczeniach. W czasie kiedy one w samotności topiły się w swoich myślach, pracownicy faceta przygotowali pojazd, którym dziewczyny zostaną przetransportowane.
Mężczyzna był pewien, że wtedy Ann będzie chciała ich zaatakować i właśnie tego chciał. Był też świadomy, że nie przyjdzie sama, nie wiedział kogo weźmie do pomocy skoro jej brat nie żył, a przyjaciel miał zakaz zbliżania się do niej, ale dla niego nie było to ważne. Wiedział, że i tak nikt go nie powstrzyma. Chciał tylko zwabić brunetkę do siebie i tam dokończyć to, czego chciał. Każdą osobę, którą zamordował, miał tylko zwabić Collins do niego. Dwie dziewczyny, które za chwilę miałby być zaprowadzone do furgonetki, nie miały być zakończeniem. Zamierzał zabić jeszcze inne osoby, bardzo ważne dla niej osoby, o ile nie najważniejsze.
-------------------------
Maggie  Stiefvater Trylogia "Drżenie"

Już dawno nie było rozdziału z perspektywy Ann, więc stwierdziłam, że dzisiaj będzie dobry moment by pokazać, co dziewczyna tak naprawdę czuje, a nie to co pokazuje innym. Jeśli ktoś będzie chciał zamordować mnie za ten rozdział, to z góry przepraszam.
Czekam na Wasze KOMENTARZE i opinie.
Do napisania.
PS. Wszystkie fragmenty pisane pochyłym drukiem są fragmentami z pierwszej części opowiadania i są takie same jak tam, nie dodałam do nich żadnych dodatkowych opisów i nic nie zmieniałam.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Rozdział 20 (cz.2)

podnosimy się, upadamy
gubimy i znów szukamy
odchodzimy wciąż, powracamy
po drodze tam, gdzie zmierzamy

------------------------

Notka pod rozdziałem

-Ona się z nią bawi- mruknął Jared wcinając popcorn i wpatrując się w dwa samochody, które co chwilę pojawiały się w innej kamerze. Wiedział, że to co robi Anna jest tylko zabawą, nie daje z siebie wszystkiego, bo sama wiedziała, że jej przeciwniczka nie jest tego warta.
Pokręcił głową i wziął spory łyk napoju energetycznego, a później wsadził sobie do ust dużą garść popcornu.
Juliet spojrzała na niego z niemałym obrzydzeniem, jednak jakiekolwiek uwagi zachowała dla własnej osoby. Wiedziała, że do niego nic nie dotrze, nawet to, że jest obrzydliwy.
Westchnęła ciężko i zajęła miejsce po drugiej stronie stołu, a swoje nogi ułożyła właśnie na tym meblu. W dłoniach trzymała jakieś czasopismo, które w ogóle jej nie interesowało. Przechodziła przez kolejne strony, kompletnie nie wiedząc, co było na poprzedniej. Wolała robić to, niż wpatrywać się w z otwartymi ustami w blondyna po drugiej stronie. Nie było to w jej stylu, więc wolała udawać, że gazeta, którą czyta, jest naprawdę. Ale naprawdę ciekawa i interesująca.
Od tamtej „rozmowy” nie zamienili chyba ani jednego słowa ze sobą. Może i miną tylko jeden dzień, ale znajdowali się w tym samym budynku i co chwilę się widzieli. Rudowłosej pasowało to, że nie rozmawiali. Chociaż z drugiej strony... Właśnie z drugiej strony...
Podniosła na chwilę wzrok i spoglądnęła na blondyna, a potem szybko, jakby nie chcąc zostać przyłapaną, powróciła do wywiadu z jakąś aktorką, której w ogóle nie kojarzyła.
Max był jakby zamyślony. Płynął po swoich myślach jak po oceanie i szukał zaginionego lądu, a w tym przypadku rozwiązania wszystkich problemów lub chociaż tych, które najbardziej mu ciążyły. Jednak życie nie było łatwe i nie zamierzało mu dawać wszystkich odpowiedzi jak na tacy. Kazało mu myśleć i pracować, chociaż sam wiedział, że nawet to często nie skutkuje, a on nadal stoi w martwym punkcie. Lecz nie poddawał się, walczył do samego końca, by potem wiedzieć, że zrobiło się wszystko, co można było. By potem nie musieć „gdybać”.
Szukał rozwiązania, wiele pomysłów przychodziło mu do głowy, ale zanim zaczął je bardziej analizować, odrzucał je od razu, bo wiedział, że one nie wypalą.
-Powinna spotkać się z Paulem- wypalił nagle pierw mówiąc, a potem myśląc. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że wypowiedział te słowa na głos i od razu rozejrzał się, czy czasem nikt nie był świadkiem jego bezsensownego gadania. Jednak naprawdę, życie jest niesprawiedliwe. Bo o to w tym momencie dwie pary oczu wpatrywały się w niego, jak w największego idiotę tego świata.
-Nie może- zaprzeczył stanowczo Jared odsuwając od siebie miskę z przekąskami.
-Ucieknie- dodała Juliet kiwając głową. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że ona i brunet się z sobą zgodzili i zaczęli myśleć podobnie, a dodatkowo, to naprawdę niewiarygodne. Nawet to pokazywali.
Spojrzeli na siebie, wiedząc o co chodzi.
Ann mimo wszystko nie mogła spotkać się z Paulem. Każdy zdrowo myślący człowiek wiedział o tym. Ann teraz nie była sobą i ludzie z jej normalnego życia nie potrafili do niej dotrzeć. A Paul. A Paul był największą częścią normalności Ann. To właśnie przy nim dziewczyna stawała się zwykłą nastolatką i chociaż przez chwilę mogła czuć, że ma normalne problemy tak jak każdy. Pojawienie się bruneta nic by tu nie wskórało, ponieważ prawdziwa Ann była teraz dokładnie ukryta w środku tej nowej. Tej mroczniejszej wersji, nazywanej przez innych Lilith.
Można było spodziewać się tego, że brunetka kiedy tylko zobaczy chłopaka, ucieknie. A oni nie mogli na to pozwolić, kiedy była tutaj, była i bezpieczna, a zarazem Max mógł przyglądać się, czy jeszcze wszystko z nią w porządku i czy czasem jakiś durny pomysł nie przyjdzie jej do głowy.
Blondyn potarł czoło wyraźnie sfrustrowany istniejącą sytuacją i faktem, że nie potrafił nic sensownego wymyślić. Podniósł się gwałtownie z miejsca i uderzył pięścią w stół, powodując, iż miska oraz puszka podskoczyły, a odrobina napoju rozlała się po blacie.
-To co mamy zrobić?- spytał bardziej siebie niż pozostałą dwójkę. Zaczął chodzić nerwowo w tę i z powrotem, jakby to mogło jakkolwiek mu pomóc.
Spacerował tak od kilkunastu minut, do chwili aż usłyszał ryk silników, których samochody zbliżały się do linii mety. Za niedługo pojawi się tu Ann i cała reszta, a on nadal nic nie wymyślił. Było to do niego bardzo niepodobne, bo przecież jeszcze pół roku temu wymyślił praktycznie kilka kolejnych miesięcy swojego jak i Anny życia. A teraz? Teraz czuł się jak wrak człowieka.
Wiedział, że jutrzejszego poranka to się nie zakończy, ich wróg na pewno ucieknie, a oni będą musieli go dopaść. Ale był przekonany, że nic się nie uda, jeśli nikt nie będzie umiał porozmawiać z Ann. Rozumiał jej zmianę i możliwe, że ją tolerował. Był pewien, że będąc taką, dziewczynie łatwiej będzie to wszystko zrobić, jednak ona musiał z kimś porozmawiać, a on nie miał pojęcia kim mogłaby być ta osoba.
Jared zmarszczył brwi i już nie spoglądał na monitor. Doskonale wiedział, kto wygrał i jakoś ten fakt zbyt bardzo go nie zdziwił. Od początku był świadomy, że chyba nie było jeszcze takiej osoby, która wygrałaby z brunetką. Była w tym temacie nie do pokonania.
Myślał nad tym samym co Max i możliwe, że Juliet. Tyle, że on był w pewnych momentach życia Ann, w których Max niestety nie brał udziału, przez swoją nieobecność w Los Angeles i wszystkiego dowiadywał się właśnie od bruneta.
Niebieskooki jako jedyny chyba zdobył inny trop. Jego myśli powędrowały w całkowicie innym, bardziej mrocznym kierunku. Wpadł na coś, na co pozostała dwójka nigdy w życiu by nie wpadła. Był praktycznie pewien, że nawet przez myśl im to nie przeszło, a przecież było to tak bardzo oczywiste, że aż bolesne! Rozważał wszystkie za i przeciw. Oczywiście wad tego pomysłu było o wiele, wiele więcej niż zalet. Tak samo jak z osobą, o której myślał. Ale musieli coś wymyślić. Musieli chwytać się każdej myśli, każdego pomysłu, który mógł im pomóc. Ten wydawał się najrozsądniejszy.
-Nie może rozmawiać z Paulem- zaczął powoli, jeszcze raz zastanawiając się nad tym, co ma do powiedzenia.- Bo znając ją, zapewne go zostawiła i teraz jego obecność nic tu nie pomoże. W innym przypadku może, ale...
-Jared streszczaj się- warknęła Juliet wbijając w niego swój lodowaty wzrok. Wyciągnęła z paczki papierosa, przy czym wydarła się na siebie w myślach, odpaliła go i zaczęła rozkoszować się smakiem nikotyny.
Collins wpatrywał się w przyjaciela, jakby chciał usłyszeć o czym myśli. Roznosiło go od środka. Nie miał pojęcia, co dokładnie to było. Ale te „coś” nie pozwalało mu spokojnie usiedzieć na miejscu. Musiał dowiedzieć się o co chodzi w tym i tylko tym momencie. Nie za chwilę, potem. Teraz i tylko teraz, bo inaczej mogłoby się to źle skończyć. Dla wszystkich.
-Na serio tylko ja na to wpadłem?- Mimo wszystko chłopak był zaskoczony tym faktem. Miał małą nadzieję, że ktokolwiek oprócz niego też wpadnie na to co on. Jednak tak nie było. Kiedy minął szok, rozwalił się na krześle ciesząc tą chwilą, jakby była jego najlepszą w życiu. Bo oto w tej chwili czuł się jak jakiś bóg. Nawet przez myśl mu przeszło, że na Olimpie robią dla niego miejsce, jak dla boga za bystrość i spostrzegawczość. Zaśmiał się sam do siebie na tę o to wizję, siebie jako greckiego boga. Po chwili jednak spoważniał. Przejechał wzrokiem po parze i mimowolnie znów zaczął się śmiać. Ponownie spoważniał i odchrząknął.
-A kto kilka lat temu zajmował się naszą małą dziewczynką?
-Nie mówisz chyba poważnie?!- Podniesiony głos blondyna rozniósł się echem po pomieszczenie. Wystartował do przyjaciela, jednak zanim zdążył obić mu twarz i coś połamać, na jego ramieniu spoczęła para delikatnych dłoni. Mężczyznę od razu ogarnął dziwny spokój, nie, nie dziwny, dobry spokój. Tak bardzo znajomy, że aż przestraszył się, że mógł go kiedykolwiek zapomnieć. Przeniósł wzrok lekko na dół i zobaczył obok siebie rudowłosą dziewczynę, która patrzyła na niego ostrzegawczym wzrokiem.
Wypuścił głośno powietrze i podniósł dłoń, by dotknąć policzka dwudziestoparolatki, lecz nim zdążył to zrobić, ta odsunęła się na bezpieczną odległość i prawie niezauważalnie pokręciła głową.
-Proszę.- Jego słowa uformowały się w to słowo, jednak nie wydobył się z nich żadne dźwięk. Collins całkowicie zapomniał o widowni, w postaci Jareda i o temacie, o którym przed chwilą rozmawiali. Kilka miesięcy temu, nic nie mogło go tak rozproszyć, jednak teraz tylko chwila i całkowicie zapominał o tym, co zamierzał zrobić lub o czym myślał.
Teraz dla niego liczyła się tylko rudowłosa piękność i pragnienie, by poświęciła mu chociaż kilka minut rozmowy. Zaklinał wszystkie bóstwa, błagając o te kilka minut, nie, nie. Nie było w tym gronie Jareda. Przykro mi, nie ta bajka. Sprawdźcie w innej.
Przymknął oczy nie chcą po raz kolejny widzieć odmowy, w jej oczach. Nie lubił pokazywać swoich uczuć, a to właśnie oczy zdradzały najwięcej.
Spuścił głowę i już miał dopuścić, kiedy delikatne palce złączyły się z jego. Otworzył powieki kompletnie zszokowany, ale po chwili ogarnął się i na jego twarzy wystąpiło opanowanie.
-Pięć minut- powiedziała cicho i zaczęła się oddalać w tylko sobie znanym kierunku, kompletnie ignorując to, czy mężczyzna będzie wiedział, jak ją znaleźć.
Przejechał dłonią po włosach pociągając za końcówki, jakby upewniając się, że nie jest to sen.
-Max to jedyne wyjście.- Z rozmyśleń wybudził go głos przyjaciela, który od początku przyglądał się tej krótkiej scence. Biedak pewnie myślał, że to właśnie do niego Max się modlił. Tak, te życia naprawdę jest niesprawiedliwe.
-Tylko nie obiecuję, że nic mu nie zrobię- odparł po dłuższej chwili.- Kiedy tylko go widzę, mam ochotę go zamordować i tylko ze względu na Ann jeszcze tego nie zrobiłem.
Niebieskooki zaśmiał się pod nosem.
-Stary, dobrze cię rozumiem. Ten gość też działa mi na nerwy, ale wątpię by ktokolwiek inny mógł do niej dotrzeć.- powiedział z niemałym żalem.- Wtedy...
-Wtedy tylko jego słuchała- dokończył za niego, doskonale o tym wiedząc.- Miejmy nadzieję, że chociaż raz nie sprowadzi na nią większych kłopotów. Ile mamy czasu? Zdążymy go odszukać?
W tym samym momencie spojrzeli na godzinę w zegarku, który znajdował się na monitorze laptopu. Było tuż przed północą.
-O dziesiątej mają pojawić się na wylotowej- oznajmił Jared.- Mamy dziesięć godzin, nie wiadomo gdzie ten śmieć się ukrył.
-Musimy go odszukać.
Spojrzeli na siebie dodając w tej wymianie, nie wypowiedziane słowa. Przekazali sobie wszystkie potrzebne informacje, których nie mogli wypowiedzieć na głos.
-Niech tylko modli się, żebym go nie zabił- mruknął blondyn pod nosem.
-Idę po samochody, a ty pogadaj ze swoją panienką.- Chłopak po przyjacielsku walnął Collinsa w ramię i ruszył w stronę wyjścia. Szedł pewnym krokiem, w myślach jeszcze raz wszystko analizując.
Brązowooki stał jeszcze chwilę w miejscu. Miał jakieś dziwne przeczucie, że coś się stanie. I to nie dobrego. Nienawidził takich sytuacji, bo zawsze się z tym czuł jak idiota, a dodatkowo dlatego, że te przeczucia zawsze się sprawdzały. Nie chciał wiedzieć, co teraz może się stać.
Odrzucił od siebie wszystkie dręczące go myśli i ruszył w kierunku, gdzie jakiś czas temu zniknęła rudowłosa. Szedł powoli, jakby niepewny swoich kroków. Kiedy ją zobaczył, przystał na chwilę. Stała do niego tyłem i wpatrywała się w gwiazdy.
Podszedł do niej i spontanicznie objął ją od tyłu, ciesząc się tym, że dziewczyna się nie odsunęła. Wciągnął powietrze i rozkoszował się zapachem zielonookiej. Już tak dawno nie mógł mieć tak po prostu ją w swoich ramionach i szczerze, tęsknił za tym uczuciem.
-Niunia...- zaczął, jednak nie dane było mu skończyć.
Odsunęła się od niego i obróciła w jego stronę by spojrzeć mu w oczy. Pierwszy raz od dawna nie ukrywała przez chwilę swoich uczuć i mężczyzna w tej chwili mógł wszystko z nich wyczytać.
-Nie chcę by nasza historia zakończyła się tak, jak Anny i Paula- wypowiedziała te słowa szybko i niepewnie. Nie żałowała tych słów, ale też nie była zadowolona, że je wypowiedziała.
-Ja też nie- szepnął cicho w odpowiedzi.
Na jej twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech, a jej oczy już nie zdradzały żadnych targających nią uczuć. Niektórzy powiedzieliby, że jest bardzo zmienna, jednak ona bardzo rzadko pozawalała komukolwiek zajrzeć w głąb siebie. A takie momenty bywały też krótkie.
-Nie zniszcz samochodu- zagroziła udając znudzenie. W tych słowach była prośba, żeby uważał na siebie i blondyn ją zrozumiał.
-Nie zniszczę- obiecał. Przyciągnął ją do siebie i zachłannie wbił się w jej usta.
Było to małe światełko w tunelu. Malutka nadzieja, że kiedyś wszystko będzie dobrze, że jeśli się postarają, wszystko powróci do normy.
Odsunęła się do niego niby oburzona i uderzyła go w tors. Rzuciła mu wściekłe spojrzenie.
-Kto ci powiedział, że wybaczyłam ci, Blondynasie?- mruknęła zadziornie z założonymi rękami.
Zaśmiał się szczerym śmiechem i mimo oporów dziewczyny, przyciągnął ją ponownie do siebie.
-Ja wiem już wszystko...
-------------------------
*Mrozu "Nic do stracenia"
Szczerze? Nie mam pojęcia ile będzie jeszcze rozdziałów. Jakiś czas temu powiedziałam, że może dziesięć, czyli powinnam zakończyć gdzieś za trzy rozdziały, a to nie jest możliwe, ponieważ tego wszystkiego jest za dużo, by dać to tylko w trzech rozdziałach. Naprawdę nie mogę powiedzieć ile jeszcze będzie rozdziałów, a to też zależy od zakończenia, ponieważ mam dwie opcje i nadal nie jestem pewna, która będzie lepsza, bo obie zadecydują o tym, czy będzie w przyszłości będzie kontynuacja czy jej nie będzie. Jedno jest pewne, do końca sierpnia opowiadanie będzie nadal pisane.
Opowiadanie czyta około trzydziestu osób, to o dwadzieścia osób mniej niż jeszcze w kwietniu i to mnie trochę martwi. Bardzo proszę, jeśli Wam się coś nie podoba, to piszcie o tym, bo naprawdę trudno zadowolić czytelnika nie znając jego opinii. Więc piszcie uwagi, propozycje i Wasze pomysły. To naprawdę dla Was chwila, a dzięki temu ja potrafię pisać dalej, bo każdy komentarz daje mi niesamowitą porcję weny.
W tym momencie chciałabym podziękować Landynce. Twój wczorajszy komentarz, spowodował, że wstałam z łóżka, włączyłam kompa i zaczęłam pracę nad tym rozdziałem. Mam nadzieję, że przyszły rozdział Cię, tak jak resztę czytelników zadowoli, bo powróci pewna postać. 
Chyba każdy domyśla się kto to taki :D 
Pozdrawiam wszystkich czytelników, ale dzisiaj najbardziej tych, którzy byli w tym mniejszym Teamie tego bardziej złego chłopaka ;)
Naprawdę czekam na Wasze opnię.
Do napisania

Szablony