czwartek, 12 czerwca 2014

Rozdział 8 (część 2)

Ludzie nie muszą sobie zasłużyć na
dobroć. Mogą zasłużyć najwyżej na okrucieństwo.*

-----------------------

 NOTKA POD ROZDZIAŁEM

Chciałabym cofnąć czas. Cofnąć się do miejsca, w którym zaczął się ten koszmar. No może nie dokładnie do miejsca, w którym się zaczął, ponieważ wtedy nie było mnie jeszcze na świecie, ale do dnia gdy powoli zaczęłam niszczyć rodzinę Collinsów. Tego dnia nie wyjść z domu, posłuchać Maxa chociaż raz nie stawiając na swoim, zostać w domu. Blondyn dałby sobie sam radę  a możliwe, że Alan by żył. Może nie tworzylibyśmy jakieś wspaniałej rodziny, ale życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Ciekawiło mnie jakby to było gdybyśmy mieszkali w piątkę. Czy tata umiałby go zaakceptować? Czy On w ogóle chciałby mieszkać z taką rodziną? Tego nie byłam pewna i wiedziałam, że nigdy się tego nie dowiem.
Jedyne czego pragnęłam, to zasłużyć na dobro. Niby nic takiego, ludzie nie doceniają dobra. Lecz ja zasłużyłam tylko na okrucieństwo. Taka była prawda i nie zamierzałam się z nikim kłócić. 
-Borys- zaczęłam siadając obok niego gdy czyścił swój ulubiony pistolet.- Jak myślisz, jakie jest najgorsze uczucie dla rodzica?
Widziałam jak mężczyzna marszczy brwi w ten charakterystyczny sposób, gdy nad czymś głęboko się zastanawiał. Nie odpowiedział mi tamtego dnia, ani następnego. Tydzień później także nie dostałam odpowiedzi. Dostałam ją w dniu, gdy tak naprawdę dołączyłam do firmy, gdy stałam się jej częścią.
-Gdy dzieci płacą za ich błędy.
Wtedy nie rozumiałam tych słów, może byłam zbyt głupia, zbyt młoda, lub po prostu nie chciałam ich rozumieć. Teraz je rozumiałam i wiedziałam, że nie tylko dla rodziców jest to najgorsze uczucie. To uczcie może dopaść każdego człowieka nie zależnie od wieku, wykształcenia czy ilorazu inteligencji, od tego czy jest bogaty czy biedny. To nie było ważne, ważne były czyny, które ludzie popełniali i czasami sami nie ponosili ich konsekwencji, a robili to ich bliscy. Tak właśnie było w moim przypadku. Myślałam, że robię dobrze, że jestem w miarę dobrym człowiekiem i zasługuje na dobro. Ale tylko oszukiwałam siebie i ludzi, którzy mnie otaczali. Prawda była zupełnie inna, bolesna, chociaż prawdziwa.
Przez te wszystkie lata mnie samej nic szczególnego się nie stało, co nie mogłam powiedzieć o moich bliskich. Oni cierpieli przeze mnie, a ja użalałam się sama nad sobą jak dziecko, którym chyba jestem. Prawda? Ale czy prawdziwa prawda, czy ta którą cały czas się oszukiwałam?
Stojąc przed lustrem czułam obrzydzenie do własnej osoby. Kiedyś uważałam, iż najgorszą osobą w Los Angeles jest Organizator, nie brałam pod uwagi siebie, a powinnam, bo nie wiele brakowało mi do niego. A może byłam jeszcze gorsza, w końcu nie mógł być aż tak okrutny, skoro wychował sam syna i go stracił...
Wcześniej nie zwracałam szczególnej uwagi na to, że w szkole odzywały się do mnie może trzy osoby, bo reszta się bała. Bała się mnie i mojej rodziny. Jedyną osobą, z którą zaprzyjaźniłam się z tamtego grona była Camilla Baker, jeszcze nie tak dawno maltretowana przez swojego chłopaka. Byłam pewna, że to w niej tkwił problem, że to ona się zmieniła, stała taką samą pustą lalką jak Sara, a ona ukrywała tylko oznaki przemocy. To we mnie był problem. Ona mnie potrzebowała, a ja się na nią wypięłam nawet przez moment nie zastanawiając się co może się z nią dziać.
Oni mają racje. Jesteś bardziej zapatrzona w siebie, niż my wszyscy razem wzięci.
Przypomniały mi się słowa blondynki. Chyba nawet nie zdawała sobie sprawy jak bardzo te słowa były prawdziwe. Miała rację, znała mnie jak nikt inny i chyba tymi słowami dosadnie mi to pokazała.
-Co jesteś z siebie zadowolona, Collins?- warknęłam do swojego odbicia w lustrze.- Zniszczyłaś wszystkich, którzy chcieli ci pomóc. Pieprzona egoistko.
Nie myśląc o konsekwencjach i bólu, walnęłam pięścią w lustro. Po chwili usłyszałam odgłos tłuczonego szkła, a w okół pojawiły się kawałki rozbitego lustra. Poczułam jak moja skóra zostaje przecięta, a do nozdrzy dochodzi metaliczny zapach krwi. Ran było tak dużo, iż po chwili moja dłoń była cała w czerwieni.
-Siedem lat nieszczęścia, powiadasz?- prychnęłam kręcąc głową.- Gówno prawda.
Oparłam się o umywalkę i patrzyłam jak krew spływa do odpływu. Jak białą powierzchnię umywalki przecinają czerwone paski krwi. Powoli zaczynało mi się kręcić w głowie, a przed oczami zaczynałam widzieć czarne plamy.
Ignorując pukanie do drzwi zrobiłam kilka kroków w tył i opierając się o wykafelkowaną ścianę zjechałam na dół. Przycisnęłam krwawiącą dłoń do koszulki i pogrążyłam się w krainie bólu. W krainie tego psychicznego jak i fizycznego. Tylko on pozostał i jemu nic się nie stanie. Jego nic nie zabije i nie skrzywdzi. On pozostanie ze mną do końca. Cała reszta odejdzie, zapomni, że istniałam lub przeze mnie straci życie. Było to może smutne i przerażające, ale prawdziwe. A prawda zazwyczaj nie jest łatwa i zazwyczaj zawsze boli.

Paul wysiadł ze swojego samochodu i nie zwracając na to uwagi, trzasnął drzwiami. Myślami był gdzieś indziej. Na cmentarzu. Nie potrafił nawet sobie wyobrazić jakby to było bez Emily. Jakby to on stracił rodzeństwo. Naprawdę nie potrafił nawet o tym myśleć i przerażała go myśl, co musi przeżywać Ann w tej chwili. Właśnie przez tą myśl nie umiał wysiedzieć w domu i czym prędzej wybrał się w drogę do domu Collinsów. Czuł, że jeśli w ciągu następnych dziesięciu minut nie spotka się z brunetką coś, ewentualnie kogoś, rozwali. W najgorszym wypadku zrobi coś sobie. Nawet nie zauważył, jak zaczął się uzależniać od przebywania z siedemnastolatką. Gdy się z nią kłócił był nie do zniesienia i każdy w jego domu ewakuował się, bo w każdym momencie chłopak mógł wybuchnąć. Był wtedy jak tykająca bomba i tylko widok dziewczyny jakoś przyprowadzał go do porządku.
Kochał chyba w tej dziewczynie wszystko. Od miłej, spokojnej i cichej wersji aż po tą, z którą nikt sobie nie radził. Nadal nie mógł uwierzyć jak dziewczyna po tak wyczerpującym dniu umiała w środku nocy przyjechać do niego, oczywiście na ścigaczu, opierdolić go, a na końcu postawić focha i ruszyć w kierunku domu. Bogu dzięki pieszo, bo nawet nie chciał sobie wyobrażać co mogłoby się stać, gdyby wtedy dziewczyna usiadła na motocykl.
Podszedł do drzwi, który jak zwykle nie były zakluczone i powoli wszedł do środka w myślach wydzierał się na brunetkę za tak lekkomyślne zachowanie. Cały czas przypominał jej, że ma zamykać drzwi. Ale z nią jak ze ścianą. Nic nie docierało. Jedyne co je różniło to, to że brunet gdy nie wytrzymał po prostu wyładowywał się na ścianie, a ta biedna musiała wytrzymywać nastroje osiemnastolatka tym samym coraz bardziej tracąc granatową farbę.
Jakie było jego zdziwienie, gdy w salonie ujrzał dawno nie widzianą panią Collins, która popijała wino wpatrując się w okno. Dostrzegł podobieństwo w tym zachowaniu u jej córki. Ona także gdy miała gorszy dzień siadała przed oknem i wpatrywała się w nie. Jedna była różnica, ta młodsza zazwyczaj popijała gorącą czekoladę.
Mruknął krótkie "dzień dobry" i nie czekając na odpowiedź ruszył w kierunku schodów przeskakując po dwa. Na ich szczycie minął się z rudowłosym ochroniarzem, który posłał mu spojrzenie uświadamiające nastolatka, że nawet mężczyzna już nie ma siły do brunetki, która jak przypuszczał, miała znajdować się w swoim pokoju.
Bez zbędnego pukania wszedł do pomieszczenia i został je puste. Rozejrzał się w około, bo z doświadczenia wiedział, że dziewczyna jest zdolna do wszystkiego. Gdy był już pewien, że nie ma tu tej drobnej, lecz jak bardzo irytującej osóbki, domyślił się, iż ta znajduje się w łazience.
Brunet nawet nie chciał się przyznać jak brudne myśli właśnie w tej chwili ogarnęły go. Próbując doprowadzić się do porządku, walną się kilka razy po twarzy i podszedł do drzwi łazienki.
W niepasujący do niego, kulturalny sposób, zapukał do drzwi i zapytał, oczywiście czuł się jak idiota, bo jedną z rzeczy, których nie lubił, była rozmowa z drzwiami, ewentualnie przez drzwi.
-Ann jesteś tam?
Do jego uszu dotarł pusty i na pewno nie prawdziwy śmiech swojej przyjaciółki. Nie lubił tego śmiechu tak samo jak określenia, iż osoba, która znajdowała się za tymi drzwiami, była jedynie jego przyjaciółką.
-Jestem- odparła słabym głosem. Zbyt słabym.- Jeszcze. Chyba. Nie wiem.
Wywrócił oczami zastanawiając się co znów się stało. Miał jedynie nadzieję, iż z dziewczyną jest lepiej niżby wskazywał na to ton jej głosu.
Pewnie chwycił za klamkę i pociągnął za nią, a chwilę później znalazł się w środku. Pierwsze co wpadło mu w oczy, to widok rozbitego lustra. Po chwili jego wzrok wylądował na dziewczynie, która ledwo siedziała pod ścianą, a z wielu ran na jej dłoni wypływa krew. Chłopak mógł się założyć, że niejedna z nich nadawała się do szycia, jednak postanowił tego faktu nie skomentować. 
Podszedł do dziewczyny i pochylając się w jej kierunku chwycił ją na ręce. Może nie ważyła piętnaście kilogramów, ale Paul od razu poczuł się lepiej trzymając ją w ramionach. Całe złe napięcie, które towarzyszyło mu odkąd pożegnał się z dziewczyną, gdzieś uciekło i był z tego powodu zadowolony.
Zaniósł dziewczynę do pokoju i posadził na łóżku. Jej zamglone oczy nawet na moment nie spojrzały na bruneta. 
-Babcia- mruknęła tak jakby była tylko ciałem tutaj, a jej dusza byłaby oddalona o wiele kilometrów.
Chłopak nie wiedząc o co chodzi wrócił do łazienki po apteczkę.
-On dopadł nawet moją babcię- pierwszy raz dziewczyna spojrzała na bruneta.
I to nie słowa spowodowały to co się stało z chłopakiem, to ten smutny, przerażony i pozbawiony wiary wyraz jej oczu doprowadził do tego, iż chłopak stanął w miejscu i zapragnął sam zabić gnoja, niszczącego życie nastolatki, która była dla niego najważniejsza na świecie.


Dwa dni później przeszłam przez drzwi jednej z sal w szpitalu. Wyblakły, błękitny kolor ścian na pewno nie zachęcał do przebywania w tym pomieszczeniu dłużej niż pięć minut. Stare okno, który znajdowało się naprzeciw drzwi było lekko otwarte i, Bogu dzięki, do środka wlatywało świeże powietrze. Po prawej stronie drzwi, w górnym rogu wisiał równie stary telewizor, który tylko jakimś cudem jeszcze działał. Po obu stronach pomieszczenia stały po dwa łóżka. Widocznie wszystkie były pozajmowane, jednak teraz dwa z nich były bez swoich tymczasowych właścicieli. Osoba do której ja się udałam, miała łóżko bliżej okna i właśnie w tym momencie albo spała, albo spoglądała w tamtą stronę.
Westchnęłam ciężko i ruszyłam w tamtą stronę czując na sobie ciężkie spojrzenie Leona, który uparcie chodził za mną krok w krok. Jeśli wcześniej myślałam, że przesadza, to teraz, po moim wypadku w łazience, zachowywał się minimum trzy razy gorzej. Tylko brakowało, żeby chodził ze mną do łazienki lub spał w jednym pokoju. Paranoja.
Jake jednak nie spał, a jedynie wpatrywał się zamyślonym wzrokiem w okno. Jego prawa ręka była uwięziona w gipsie, a na głowie miał bandaż. Gdy obrócił głowę w moją stronę, zobaczyłam jego poharataną twarz. Widząc w co jest ubrany miałam ochotę się zaśmiać, lecz widząc jego karcący wzrok zrezygnowałam z tego pomysłu. Tak, to nie była odpowiednia chwila by nabijać się z poszkodowanego. 
-Kochanie, a już myślałem, że mnie nie odwiedzisz.- Udał, że jest zaskoczony, choć dobrze wiedziałam, że był pewien, iż przyjdę. I się nie pomylił.
-Widać, że humor ci dopisuje, Ronan- usiadłam na krześle, które stało obok jego "królewskiego łoża".
Mężczyzna przejechał wzrokiem po moim ciele zatrzymując się na obandażowanej dłoni.
-Ciekawe co twój kochaś zrobił, że obiłaś mu tą śliczną mordę.- Ironia lała się strumieniami, a ja coraz bardziej żałowałam, że tutaj przyszłam.
Wpatrywałam się w Jake'a wzorkiem pełnym politowania i delikatnie bujałam się na krześle. To nie był już mój świat, to nie był już mój Jake. To nie była ta sama Collins. Szukałam w jego oczach tego, co jeszcze kilka miesięcy jako jedyna dostrzegałam i chyba już tego nie widziałam. Lub nie chciałam widzieć. 
-Widać, że twój chłoptaś popierdzielił ci w głowie- warknął zaciskając zdrową rękę w pięść.
Chyba pierwszy raz cieszyłam się, że Leon ze mną był i nie zgodził się na samodzielną podróż. I wcale nie ze względu na moje bezpieczeństwo, teraz na jego miejscu bardziej obawiałabym się o bezpieczeństwo szatyna. 
-On ma imię- syknęłam mimowolnie.
-Pamiętasz tamten dzień?- To nie było pytanie. On nigdy nie pyta.- Powiedziałaś, że mnie kochasz.
-Byłam po śmierci brata, Jake- mruknęłam zirytowana.- A ty miałeś już więcej nie pojawić się w moim życiu, musiałam coś powiedzieć na pożegnanie.
-To nie koniec- powtórzy moje słowa.- Zadowolona jesteś z siebie? Lubisz bawić się facetami, nie? Najpierw ten blondyn, Organizator, ja, a teraz ten gówniarz.
-Mówisz o moim chłopaku, więc lepiej się ucisz- podniosłam ton.
-Powiedz mi jedno, Collins- zażądał.- Co ten gówniarz ma, czego ja nie mam?
Patrzyłam z odrazą w jego zielone oczy. Jak mogłam być tak głupia? Wszyscy mi go odradzali, a ja jak głupia się o niego bałam, zamartwiałam i stawałam kimś, kim nigdy tak naprawdę nie byłam. Miałam dopiero siedemnaście lat, a on był ode mnie starszy o dziesięć. 
-Mnie.- To jedno słowo zmieniło wszystko. 
Ja zrozumiałam wszystko. Nic już nie czułam do mężczyzny, który leżał na tym łóżku. Kochałam chłopaka, który cały czas był przy mnie, ratował mnie i kochał. Kochał taką jaka byłam naprawdę, a nie wyobrażenie o mnie, nieistniejące wyobrażenie.
Jake nie należał do mojego świata i trzeba było to w końcu zakończyć. Fakt, było mi źle, że przeze mnie miał ten wypadek. Jednak nic poza tym. Dorosłam i postanowiłam radzić sobie sama. Nie zamierzałam zrobić tego co przed kilkoma miesiącami, tym razem byłam przepełniona żądzą mordu. A to miało być moje pożegnanie. Z słabą Anną.
-Co ty w nim widzisz? Przecież on nie może ci nic zagwarantować. Zobaczysz, pójdziesz tylko z nim do łóżka i kopnie cię w dupę, a ty wrócisz z podkulonym ogonem.
-Mówisz o sobie?- podniosłam prawą brew do góry. Nie zamierzałam pozwolić mu by tak obrażał mnie i Paula. Nie tym razem. Już nie.- To ty wciągnąłeś mnie w bagno. Potem zwiałeś by pojawić się po dwóch latach i zniszczyć wszystko co mam. Ann, mam dla ciebie informacje- prychnęłam przy ostatnim zdaniu.- Miałeś mi pomóc, a co robiłeś? Jak zwykle wszystko utrudniałeś. Wiesz, z biegiem czasu cieszę się, że Max obił ci tą parszywą mordę. Należało ci się.
Wstałam i ruszyłam w kierunku drzwi.
-Przeszłaś pranie mózgu. Zniszczyli cię- zawołał za mną.
Odwróciłam się ostatni raz i spojrzałam na niego znudzona.
-To ty mnie niszczyłeś. Zapamiętaj tę chwilę, bo widzisz mnie po raz ostatni.
Nie wahając się opuściłam salę, a za mną ruszył Leon. Czułam się wolna i choć tak wiele jeszcze przede mną, pierwszy raz od dłuższego czasu poczułam, że sama coś osiągnęłam, że jestem w stanie podołać wszystkiemu. Nawet nieznanemu wrogowi. Tak, wygram, ponieważ mam pieprzone nazwisko Collins. A Collins nigdy nie przegrywają i się nie poddają. Prędzej umrą niż się poddają, bo tak właśnie powinno być i tak właśnie będzie.
 ------------
 *Maggie Stiefvater "Trylogia drżenie: Ukojenie"

Jezu, nawet nie wiecie jak bardzo jestem dumna z tego rozdziału. Zawsze gdy pisałam rozdział chciałam napisać coś porządnego i już traciłam nadzieje, że jakiś cud się stanie, a jednak. Dzisiaj dopadła mnie niesamowita wena i sama nie wiem jak napisałam ten rozdział. Możliwe, że wdarły się tam błędy lub powtórzenia, ale i tak jestem niesamowicie dumna z siebie.
Moim zdaniem to chyba najlepszy rozdział jaki napisałam odkąd pojawiłam się na blogspocie.
Mam nadzieję, że wam również się podoba i większa ilość osób skomentuje ten rozdział. Jeśli nie... to chyba pożyczę broń od Collins i pójdę się odstrzelić. Naprawdę.
No więc, czekam na wasze komentarze i proszę, jeśli normalnie nie komentujecie, to skomentujcie chociaż ten rozdział, to dla mnie naprawdę ważne.
Kocham was, kocham Paula
Do napisania :D

wtorek, 10 czerwca 2014

Rozdział 7 (część 2)

Kiedy znikniemy stąd, Ty nie pytaj o sens (...)
To jest ta noc, nasze miejsce i czas
Nie złapią nas, gdy pędzimy jak...*

---------------------------
Podobno każdy człowiek jest dzieckiem. Nie ważne czy ma lat pięć, czy pięćdziesiąt, każdy podobno jest dzieckiem. Bynajmniej tak uważa Edna St. Vincent Millay, twierdząc, że dzieciństwo to królestwo , w którym nikt nie umiera.
Mogłam się zgodzić z tymi słowami, ale zawsze jest jakieś "ale".
Patrząc na Leona, mogłabym z całą pewnością stwierdzić, że tamte słowa to największa głupota świata. Zwłaszcza widząc jego minę, gdy oświadczyłam, iż wybieramy się do wesołego miasteczka. Jeśli ten facet ma jakiś słaby punkt, to jest nim właśnie to miejsce.
-Sprowadzasz mnie na złą drogę, Brown- oznajmiłam zapinając pasy w jego samochodzie.
Ochroniarz miał jechać za nami i już na początku ostrzegł, że jeśli spróbujemy mu uciec, to będę miała kłopoty. 
Ale my będziemy grzeczni... Do czasu aż nie znajdziemy się na terenie wesołego.
-Ja?- udał zaskoczenie.-Mała, przecież jestem najgrzeczniejszym człowiekiem na ziemi.
Posłał mi spojrzenie w stylu "jak ty możesz o tym nie wiedzieć?!"
-Och... No tak, zapomniałam.- Po chwili coś zrozumiałam.- Ej! Ja wcale nie jestem mała!
Spojrzał na mnie z odrobiną kpiny, zapalił silnik i włączył się do ruchu. Widziałam w bocznym lusterku, że Leon jedzie za nami. Oparłam głowę o chłodną szybę i przymknęłam oczy. 
-Pamiętasz- zaczęłam.- Że jesteś coś mi winny?
Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego. Staliśmy właśnie na światłach, więc chłopak mógł na mnie patrzeć. Podniósł prawą brew do góry czekając aż dokończę.
-Byłam przez ciebie mokra- przypomniałam.
-Byłaś mokra?- poruszył znacząco brwiami, a na jego ustach pojawił się łobuzerski uśmiech.
-Ty tylko o jednym- wywróciłam oczami, ale patrząc na niego nie mogłam się powstrzymać by się nie uśmiechnąć.
-Ann, ja tylko powtórzyłem twoje słowa- udał niewinnego.- To ty masz brudne myśli.
Kiwnął głową na potwierdzenie swoich słów i przeniósł wzrok na jezdnię.
-Uczę się od najlepszych- powróciłam do chłodnej szyby nadal się uśmiechając.
-A to też prawda. To co jestem ci winien?

-To gdzie idziemy?- brunet spytał znacząco jednocześnie rozglądając się wokoło.
Jako, że mieliśmy ferie, teraz było tu pełno dzieci i nastolatków. Jednak i tak wiedziałam, że jesteśmy pod czujnym okiem Leona.
-Kolejka?- zaproponowałam.
Kąciki jego ust powędrowały ku górze. Chwycił moją dłoń i zaczął prowadzić w kierunku atrakcji, w której nie mam pojęcia czemu, tak wiele ludzi chciało brać udział.
-Godzę się na coś, co jeszcze kilka miesięcy temu było dla mnie największym złamaniem zasad- mruknęłam.
Tak naprawdę tęskniłam za moim dawnym życiem. Od pogrzebu Maxa nie pracowałam i teraz czułam, jakbym straciła część siebie. Dodatkowo teraz to ja mam ochronę i czuję się osaczona. Czuję, jakby brakowało mi tlenu, wolności. Decydowania o własnym życiu i podejmowania samodzielnie decyzji. Było pewne, że nie wytrzymam pół roku, zwłaszcza jeśli Leon będzie mi towarzyszył na każdym kroku, co robi cały czas.
-Rollercoaster?
Wywróciłam oczami.
-Ucieczka od ochroniarza.
Chłopak zatrzymał się.
-Jeśli nie chcesz...- zaczął.
-Chcę- przerwałam mu.- Potrzebuję tego.
Znów na jego twarz pojawił się uśmiech.
-Zawsze musi być pierwszy raz, nie, mała?- Mrugnął do mnie.
-Mała to jest twoja...- Nie zdążyłam dokończyć, bo mi przerwał.
-Nie mów o czymś, czego nie widziałaś. Jeszcze.
Pocałował mnie w czoło i znów ruszyliśmy.

-Wiesz chociaż jak się nazywał- Paul szedł kawałek za mną.
Rozglądałam się w około.
-Nie.- Pokręciłam przecząco głową.- Ale wiem, kiedy go zabiłam.
Znajdowaliśmy się na cmentarzu. Chciałam znaleźć grób mojego drugiego brata. Nie wiem po co. Może tak naprawdę nie chciałam, ale czułam się do tego zobowiązana. Nie wiedziałam nawet jak on miał na imię.
Zastanawiało mnie jedno. Dlaczego chciał zabić Maxa, a nie mnie? Dlaczego akurat ja miałam dowiedzieć się prawdy? Coś mi mówiło, że Max też nie miał o tym pojęcia, więc dlaczego ja? 
-Coś się stało?- spytał idąc obok mnie.
-Czemu on chciał zabić Maxa? Czemu to ja miałam znać prawdę, a nie on?- wpatrywałam się w ścieżkę przede mną.
Powiedziałam Paulowi wszystko co wiedziałam. Musiałam komuś powiedzieć by nie dusić tego w sobie.
-Jego data śmierci zbyt wiele nam nie da- powiedział.- Cmentarz jest duży, a my mamy mało czasu.
Nagle zatrzymałam się i zaczęłam wpatrywać w jedno miejsce.

Ś.P.
Max Robert Collins
ur. 19.07. 1988r. zm.27.11.2012r.

-Myślisz...- Spróbowałam przełknąć gulę, która znalazła się w moim gardle.- Że powinnam żyć tak, jakby go naprawdę nie było?
-Nie powinnaś- zaprzeczył patrząc na nagrobek.- Ale tak będzie lepiej.
Skinęłam głową i zacisnęłam zęby by się nie popłakać.
Jednak na nic były moje starania. Po policzku spłynęła mi łza.
-Chodź, poszukamy dalej.- Paul widząc co się ze mną dzieje, zaczął odciągać mnie od grobu Maxa.
-Kiedy to było?
-Piątego maja dwa tysiące ósmego roku. W godzinach nocnych wówczas trzynastoletnia Anna Collins oddała strzał, tym samym zabijając... - No przypomnij sobie! Przypomnij sobie te cholerne nazwisko!- Kula trafiła w samo serce, napastnik nie miał szans na przeżycie. 
Brunet patrzył na mnie zaskoczony.
-Znasz to na pamięć?
Wzruszyłam ramionami.
-Te akta nigdy nie pojawiły się w policji. Leżą w sejfie, w firmie. Nie mam już do nich dostępu. 
Szliśmy w ciszy.
-Mówisz- zatrzymał się.- Piąty maj, prawie pięć lat temu?

Ś.P.
Alan Victor Stewart
ur. 21.01.1985 zm. 05.06.2008r.

-Który dzisiaj mamy?- zapytałam nie odrywając wzroku od nagrobka. Pragnęłam zamknąć oczy, lecz nie umiałam. Czułam się tak, jakby to była największa kara dla mnie. Musiałam patrzeć tam by czuć ból, by wiedzieć co zrobiłam.
-Dwudziesty pierwszy stycznia- odparł cicho.
Upadłam na kolana. 
-Przez ostatnie kilka lat mama zawsze znikała tego dnia-wyznałam czując jak łzy spływają mi po policzkach.- Ja myślałam, że się dla niej nie liczę. Że ważna jest dla niej tylko praca, a ona... Ona nie umiała znieść tego, że zabiłam... jej syna.
Poczułam nagle ogromny ból w klatce piersiowej. Tego było za dużo. 
-Dzisiaj też tu była- dodałam widząc świeże kwiaty.- Myśli, że Max też nie żyje. Jestem winna ich śmierci, a do tego dopuściłam, żeby Juliet zabiła Organizatora.
Chłopak przysiadł obok mnie i zaczął ścierać łzy.
-To nie twoja wina- zaprzeczył.
-Zrządziłam piekło własnej matce. Co ze mnie za córka?
Paul nic nie mówił. Był tam za mną i to było najważniejsze. Nie wiem jak długo tam siedzieliśmy. Nie wiem nawet jak stamtąd odeszłam. Nie pamiętałam nic. A może wręcz przeciwnie. Pamiętałam zbyt wiele.

Kiedy wróciłam do domu, mama była już. Nigdy nie zdarzało się, by wracała tak wcześnie. Chciałam coś powiedzieć, ale zrezygnowałam w ostatniej chwili. 
-Leon jest?
Kobieta popatrzyła na mnie przez chwilę jakby zastanawiała się nad sensem moich słów. 
-Nie powinien być z tobą?
Przełknęłam ślinę i odwróciłam wzrok.
-Uciekłam mu.- Nim zdążyła coś odpowiedzieć, pobiegłam do siebie na górę.
Zatrzasnęłam drzwi i osunęłam się po nich na podłogę. Objęłam kolana ramionami i przymknęłam oczy. Po chwili sięgnęłam po komórkę i wybrałam numer do babci.
-Halo?- usłyszałam głos staruszki.
-Babciu- wychlipałam.- Znam całą prawdę.
Jednak nie otrzymałam odpowiedzi. Usłyszałam tylko wystrzał pistoletu. Nie. Nie mogę stracić kolejnej osoby. Nie teraz!
-Babciu!

-----------------
Mrozu- "Rollercoaster"

Wiem, rozdział króciutki. W weekend postaram napisać dłuższy. 
Co sądzicie o tym rozdziale? Czekam na wasze opinie.
Do napisania

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Mamy zwiastun

Właśnie dodałam podstronę, na której umieściłam zwiastun I- części opowiadania.
Filmik został stworzony przez Kliii z "kreatywnych zwiastunów"
Jeszcze raz bardzo dziękuje za wykonanie
A Was zapraszam do obejrzenia i wyrażenia swojej opini
Do napisania

niedziela, 8 czerwca 2014

Rozdział 6 (część 2)

Odwaga zabija mnie
Nic się nie stało
Przecież dobrze wiesz
Oddałem wszystko
Żeby wszystko mieć
-----------

Siedziałam osłupiała na fotelu. Nie umiałam tego wszystkiego zrozumieć, a tym bardziej uwierzyć, iż jest to prawdą. No bo jak to? Moja matka miała romans z Organizatorem? Na samą tą myśl mój żołądek robi fikołka. A jeśli to prawda, to czy mój ojciec wiedział o tym? Czy wiedział o zdradzie matki? 
A babcia...
Nagle mnie olśniło. Zakryłam twarz dłońmi. Dopiero teraz dotarło do mnie dlaczego ona tak bardzo mnie unikała. Teraz wiedziałam czemu cztery lata temu straciłam z nią kontakt. Ona o tym wiedziała i chyba cierpiała. Przeze mnie.
James już dawno poszedł. W Los Angeles każdy go szuka. Wyjechał gdzieś. Gdzie? Nie powiedział, mnie zresztą to nie interesowało. 
Nagle usłyszałam dźwięk dzwonka. Podniosłam wzrok na Cam, która ruszyła w stronę drzwi. Kompletnie zapomniałam o jej obecności, a przecież byłam w jej domu. Jednak wszystko co dowiedziałam się jakiś czas temu, teraz musiało zniknąć, schować się w mojej pamięci i nie przypominać o sobie.
Do środka wszedł Borys, a ja już wiedziałam, że mam cholerne kłopoty. Miał założone okulary przeciwsłoneczne, więc nie mogłam spojrzeć mu w oczy. Twarz miała kamienny wyraz i wiedziałam, że jest nieźle wnerwiony. Jedyne co mnie zastanawiało to, to co tu robi. Ostatni raz widziałam go na pogrzebie Maxa.
-Borys- wstałam z miejsca.
-Ann- opanowany Borys był najgorszy. Bo tak naprawdę wtedy mógł zrobić wszystko.- Do samochodu.
Wywróciłam oczami. 
-Przyszłam tylko do przyjaciółki- skłamałam idąc do drzwi.- A nie chciałam by on mi przeszkadzał.
-Jego pracą jest przeszkadzanie, jakbyś zapomniała.- Nie lubiłam wkurzonego Borysa. Choć gdy miałam szkolenie tylko takiego spotykałam.
-Pamiętam- mruknęłam.- Też pracowałam.
-Ostatnio nie można było nazwać pracą tego co robiłaś.
Wzniosłam oczy ku niebu i wsiadłam na tylne siedzenie mojego samochodu.
-Pozwolił ci ktoś jeździć moim samochodem?- warknęłam do rudzielca.
Nie odpowiedział. Spojrzał tylko w tylne lusterko i nasze spojrzenie się skrzyżowały. Czy ja też bywałam taka irytująca?
-Zawieź mnie do Brownów- zażądałam.
Jadąc próbowałam wszystko poukładać. Teraz musiałam jechać do Paula. Spojrzałam na zegarek, dochodziła już dziewiąta i szczerze powiedziawszy byłam wykończona. Wypadek Jake, ochroniarz, rozmowa z Jamesem. To za dużo jak na jeden dzień, a przede wszystkim za dużo dla mnie.
Spojrzałam na wyświetlacz telefonu szukając jakiejkolwiek wiadomości od Maxa lub Juliet. Jednak było pusto. Poczułam ukłucie w sercu, a po policzku spłynęła mi pojedyncza łza, którą szybko starłam.
Kiedy Leon zaparkował przed domem Brownów, wysiadłam szybko nie czekając aż otworzy mi drzwi, co właśnie zamierzał zrobić.
-Nie musisz tutaj czekać- stwierdziłam, choć wiedziałam, że będzie czekał.
Paul był w ogrodzie. Kopał piłkę jakby się na niej wyżywał. Był bardzo skupiony na tym co robił, więc nie zauważył, że przyszłam. Mogłam spokojnie mu się poprzyglądać.
Usiadłam na schodkach i czekałam aż skończy.
Zastanawiało mnie dlaczego z Leonem przyjechał Borys. Ten pierwszy sam przecież dałby sobie radę.
Oparłam brodę o kolana i przymknęłam oczy. Juliet miała rację, nie byłam gotowa by poznać prawdę. Nie teraz. Może gdybym dowiedziała się o tym za dziesięć, piętnaście lat. Może wtedy.
-Długo tak tu siedzisz?- spytał Paul.
Nawet nie wiedziałam , że już skończył.
-Nie wiem- wzruszyłam ramionami.- Może. Przed waszym domem czeka na mnie mój ochroniarz. Wcześniej dowiedziałam się czegoś w co nie umiem uwierzyć, rano Jake miał wypadek, a ja nie wiem co mam robić.
Chłopak westchnął ciężko i usiadł obok mnie.
-Nawet nie mam jak skontaktować się z Maxem. Uciekł, stwierdził, że skoro wszyscy myślą, iż nie żyje, to niech tak pozostanie. A ja, do cholery, nie daję rady...
Paul objął mnie i przyciągnął do siebie.
-Od początku, mała- szepnął.- Powiedz co się stało od początku.
-Nie mam pojęcia gdzie jest początek- wyznałam. A po chwili dodałam.- Nie chcę o tym mówić. To za trudne.
Ciemnooki przysunął mnie tak, że teraz siedziałam na jego kolanach.
-Przepraszam- szepnęłam przytulając się do niego.- Paul, przepraszam.
-Ci..- Głaskał mnie po plecach. -Nie przepraszaj mnie.
-Nie pozwól mi odejść- poprosiłam.

Lotnisko. Bilet zamówiony do Winnipeg, Kandy. Mężczyzna nie miał bagażu. Miał tylko torbę podróżną. Zastanawiające było to jak przeszedł surową kontrolę mając przy sobie broń. Niektórzy mają przywilej. On go miał. Z jakiego powodu? Dobrze wszystkim znanemu, a jednak nikt nie wiedziałam w jakim celu użyje broni. Tym razem nie miał to być tylko wypadek, wątpił nawet w to czy taki wypadek przeżyłaby ta osoba.
Miał pozbyć się jej na samym początku jednak pojawiły się komplikacje i musiał im zaradzić.
Rozsiadł się wygodnie na fotelu w pierwszej klasie i spojrzał na teczkę. Imię, nazwisko, adres, numer telefonu, dzieci, zmarły mąż. Wszystkie informacje miał w jednej teczce. Pytanie po co  mu były?
Lubił wiedzieć kogo się pozbywa. Takie zboczenie zawodowe. Uśmiechnął się do siebie, nikt nie dowie się kim jest. Nikt nie uwierzy, że to on, bo jest zbyt dobry. Zbyt dobry by stać się złym. A jednak, pozory mylą.

Minęły dwa dni. Przez te durne dwa dni nie mogłam odwiedzić Jake. To znaczy mogłam, w towarzystwie Leona. Jakoś nie wyobrażałam sobie tego, że siedziałabym przy Jake'u, a tuż obok stałby ochroniarz. Nie.
Nie mówiłam rodzicom, czego się dowiedziałam. Za jakiś czas powiem, nie teraz.
Siedziałam w kawiarni pod czujnym okiem Leona, który był ode mnie oddalony o kilka stolików.
-On tak teraz będzie cały czas za tobą chodził?- Paul patrzył na mnie pytająco.
Kelnerka podała właśnie sok i kawę. Zaczęłam nerwowo bawić się szklanką i wpatrywałam się w pomarańczowy płyn.
-Mhm- mruknęłam.
-Ty nie byłaś tak uciążliwa- stwierdził.
Uśmiechnęłam się do niego blado.
-Odzywał się do ciebie?- zapytałam ciszej.
Westchnął ciężko i pokręcił przecząco głową.
-Jared też przestał się do mnie odzywać- dodałam smutno.- Nawet nie mogę iść odwiedzić Jake.
Wywróciłam oczami.
Brunet dotknął mojej dłoni i posłał mi pocieszający uśmiech. Po chwili pochylił się nad stołem, a jego uśmiech rozszerzył się i przybrał łobuzerski rodzaj.
-Mam pomysł- oznajmił patrząc mi w oczy.
-Jaki?- spytałam zaciekawiona.
-Wesołe miasteczko- dodał próbując być poważnym, jednak na daremno się starał.
Wybuchnęłam śmiechem, a potem pocałowałam chłopaka w policzek.
-Wariat.
--------------
*Dawid Podsiadło "4:30"
Wiem, rozdział bardzo krótki, ale też jest dobrze, bo miałam go nie pisać w tym tygodniu. Coraz mniej osób komentuje rozdziały i zastanawiam się czy jest jakikolwiek sens pisania tego opowiadania dalej.
To chyba tyle co chciałam napisać.
Czekam na wasze komentarze.
Do napisania.
PS.Na drugim blogu pojawił się nowy rozdział

 

wtorek, 3 czerwca 2014

Rozdział 5 (część 2)

Zapominamy, że życie jest kruche, delikatne, że nie trwa wiecznie. Zachowujemy się wszyscy, jakbyśmy byli nieśmiertelni*
-----------------

-Powinnaś wrócić do domu- stwierdził Paul.
Był tu ze mną już od dwóch godzin i nadal siedział. Co chwilę prosił, byśmy wrócili już do domu. Jednak ja nie mogłam, czułam, że jeśli sobie pójdę już nigdy nie zobaczę Jake'a. Cichy głosik mówił mi, że przecież Jake to twardziel, wszystko zniesie. Wiedziałam to, ale się bałam. Bałam się o mojego przyjaciela, to chyba normalne, prawda?
Pokręciłam głową i wzięłam łyk ohydnej kawy. Nie lubię kawy, a właśnie teraz jestem w połowie drugiego kubka. Przełknęłam odrobinę gorzkiego napoju i skrzywiłam się mimowolnie. 
-Jake uwielbia kawę- wyznałam.- Uwielbia czarną, mocną kawę. Może pić ją litrami, zupełnie jak Max, a nawet jeszcze więcej. Znam go od ponad dwóch lat i nadal nie umiem tego zrozumieć.
-Wiesz, że zaraz zejdziesz na zawał, jeśli wypijesz choć jedną kawę- uświadomił mnie chłopak.
Spojrzałam na niego kontem oka i wzruszyłam ramionami. Co mogę mi zrobić dwie mocne, przypomnijmy ohydne, kawy? No właśnie, nic.
-Ann on jest po operacji, dzisiaj nikt cię do niego nie wpuści- osiemnastolatek zaczął się irytować.- Chodź do domu, jutro tutaj przyjedziemy.
-Chcesz, to idź- mruknęłam.
Czułam na sobie jego spojrzenie. Wywróciłam oczami i przeniosłam na niego wzrok.
-No co?
-Chodź. Do. Domu.- Oddzielał każde słowo.
-Nie mogę go zostawić, on mnie potrzebuje- próbowałam obstawać przy swoim.
-Właśnie- potwierdził, a ja poczułam, że wygrałam. Nie długo cieszyłam się.- Potrzebna jesteś mu ty, a nie twoje zwłoki.
Patrzyłam mu w oczy wiedząc, że ma racje. Czemu tylko zawsze ja się mylę? 
-Nie potrafię- spuściłam głową.- Boję się go tu zostawić. 
-Mała, on nie jest aż w tak ciężkim stanie. Mogło być o wiele gorzej- próbował mnie przekonać.
Niepewnie podniosłam się z miejsca i ostatni raz spojrzałam na drzwi. Wpatrywałam się w nie mając nadzieję, że zaraz pojawi się w nich Jake i powie jeden z tych jego tekstów. Powie, te swoje "kochanie", które mnie denerwuje i wyciągnie paczkę papierosów chcąc zapalić.
Paul prawie siłą wyciągnął mnie ze szpitala, wsadził na miejsce pasażera w moim samochodzie, a sam usiadł za kółkiem.
-Jak tu przyjechałeś?- spytałam marszcząc brwi.
-Taksówka- westchnął.
Po jakimś czasie siedziałam w gabinecie ojca, który był obok sypialni rodziców. Mężczyzna siedział na skórzanym krześle obrotowym i przeglądał papiery. 
Dawno nie rozmawiałam z tatą tak normalnie. Aż dziwne się czuję wiedząc, że zaraz odbędzie się nasza dyskusja. 
-Jak się domyślam- zaczął opierając się o krzesło i patrząc mi prosto w oczy.- Wypadek tego mężczyzny nie był przypadkiem i ty o tym wiesz, prawda Anno?
Nie odwróciłam wzroku, próbowałam wytrzymać jego ciężki wzrok. Był zły, zawiedziony, niezadowolony. Dużo można byłoby wymienić przymiotników. Jedyne co mnie zastanawiało to dlaczego dopiero teraz? 
Halo, Tato! Potrzebowałam cię jakiś czas wcześniej. Wtedy gdy ty chciałeś, bym była na miejscu Maxa.
-Anno- wymówił moje imię zbyt spokojnie.- Od dzisiaj nigdzie się nie ruszasz bez Leona.
Co?
-Tato, jestem ochroniarzem, nie potrzebuję ochrony- westchnęłam.
-Max mówił to samo.- Więc jednak naprawdę nie wiedzą, że on żyje.
-Ale- nagle sobie dokładnie uświadomiłam, co mój ojciec powiedział.- Ty chyba nie masz na myśli tego łysego osiłka, prawda?!
-Leon, Ann- poprawił mnie zirytowany.- Leon.
-Równie dobrze Borys może mnie znów pilnować!- wyrzuciłam dłonie w powietrze.
Patrzył na mnie ostrzegawczo. Tato, naprawdę? Akurat teraz?
No to sobie poszukałaś Maxa, Ann. Poszukałaś.
-Nie zgadzam się, wiesz, że za pół roku kończę osiemnaście lat, nie?- Zaczęłam nerwowo chodzić po gabinecie.
-Do tego czasu będzie ci towarzyszyć Leon. Albo normalnie będziesz z nim pracować, albo facet się narobi i będzie cię śledził.
Ktoś zapukał do drzwi i w środku pojawił się mój ochroniarz. Zmierzyłam go wzrokiem. Tak naprawdę nie był łysy, jego włosy były kasztanowe, a w słońcu widać było rude pasma, które były krótko przystrzyżone. Był w wieku Jake'a i pracował u nas od sześciu lat, mnie zawsze traktował jakbym nic nie potrafiła. 
-Już wolałabym by Natalie mnie pilnowała- założyłam dłonie na klatce piersiowej.
-Zostaw nas samych- rozkazał ojciec.- Od jutra znów zaczynam normalnie pracę, ale Leon na czas twoich ferii się do nas wprowadzi.
-Jasne... Tato.- Ruszyłam w kierunku drzwi.- Idę do.. siebie.
Idąc po schodach coś zrozumiałam. Oni nie robili tego dla mojego bezpieczeństwa. Chcieli coś ukryć i dlatego postanowili dać mi ochroniarza. 
Długo ci to zajęło.
Weszłam do swojego pokoju i zamknęłam drzwi na klucz. Będąc przy oknie wyciągnęłam komórkę i wybrałam numer do Jamesa.
-Czego chcesz, Collins- warknął do słuchawki.
-Mieliśmy umowę- przypomniałam lodowatym tonem. 
-Gdzie i kiedy?- zapytał po dłuższej chwili wyraźnie niezadowolony.
-Właśnie tu mamy problem- wypuściłam powietrze.- Ojciec załatwił mi ochronę.
Kiedy po pół godzinie zeszłam na dół, Leon właśnie zwiedzał dom.
-Chcę sprawdzić twój pokoju- stwierdził jak gdyby nigdy nic. 
Prawie udławiłabym się sokiem. 
-Sorry, nie będziesz przeszukiwał moich rzeczy osobistych- zaprzeczyłam.- Nie podłożysz mi żadnego podsłuchu w pokoju, zboczeńcu.
Mężczyzna stał osłupiały, gdy w tym samym czasie ja go wyminęłam.  Wiedziałam, że nie o to mu chodzi, lecz nie zamierzałam ułatwiać mu pracy. Sama umiałam się sobą zająć i nie potrzebowałam niańki.
Poszłam do garażu, mając nadzieję, że rudzielec za mną nie pójdzie. Szczerze powiedziawszy wolałam rudowłosą Juliet od niego. Choć z tamtą często nie dawało się wytrzymać. 
Zeskoczyłam z dwóch schodków i zapaliłam światło. Rozejrzałam się w około i uśmiechnęłam na widok motocykla. Przechodząc obok niego przejechałam palcami po lakierze, a potem jak najciszej otworzyłam garaż. 
Miałam szczęście, że Paul zaparkował tuż przy samym garażu. Wsiadłam do samochodu i odjechałam zostawiając faceta- idiotę w domu.
Po kilkunastu minutach okrężnej jazdy zaparkowałam pod domem Bakerów. Drzwi otworzyła mi zdezorientowana Cam. 
-Jest już?- spytałam chłodno patrząc prosto w jej oczy i dając do zrozumienia kto tu rządzi.
Skinęła głową i wpuściła mnie do środka. James siedział rozwalony na kanapie w salonie i popijał piwo z butelki. Skrzywiłam się.
-Gadaj- zażądałam, a on leniwie poprawił się na sofie.
-Pamiętasz jak zabiłaś tego gościa?- spytał.- Ojciec Lucasa nie wiedział kim dokładnie jest. Był świadomy tego, że jest dobrym zabójcą i to mu wystarczało, podobno. Szczerze nie przeszkadzał mu twój brat, nawet nie chciał go zabić.
Prychnęłam pod nosem, ale pozwoliłam mówić mu dalej. Coś mówiło mi, że to co on powie, będzie prawdą.
-Wiesz, Lu nic do ciebie nie miał. Jego ojciec był trochę zły, ale chodziło o coś innego- blondyn spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się kpiąco.- O prawdę. Chciał by twój stary powiedział ci prawdę. A że tego nie zrobił, to wujek kazał synowi zranić ciebie i to tak porządnie. Byś trafiła do Organizatora.
-Jaką prawdę?- podniosłam prawą brew do góry.
-Dojdziemy do tego, trochę cierpliwości- mruknął.
-Jakbyś miał ogon, też byś jej nie miał- warknęłam.
-Collins się wkurzył, coś musiało jeszcze się stać i postanowił usunąć przeszkody. Szkoda tylko, że nie zabił tego brata co trzeba- ostatnie zdanie powiedział z goryczą w głosie.- Oprócz naszych rodziców ktoś jeszcze wie o prawdzie. Ta sama osoba, która chciała zabić Jake'a.
-Wiesz kim jest ten facet?- spytałam z nadzieją.
Niebieskooki pokręcił przecząco głową i odpalił papierosa.
-Chłopak, który chciał zabić twojego brata został porzucony przez matkę- oznajmił.- Wychowywał go  jeden z najgorszych ludzi w Los Angeles...
Nie musiał kończyć. Znałam odpowiedź.
-Organizator- jęknęłam.
-Gdyby żył mielibyście wiele wspólnego Collins- zaśmiał się jakby był to najśmieszniejszy żart.- Wspólną matkę. Zabiłaś swojego brata.
On kłamał. Musiał kłamać. Ojciec by mi... Nie, nie powiedziałby mi. Czy to jest to o czym mówiła Juliet? Czy to prawda, że moja matka miała drugiego syna, a ja go... Zabiłam?

--------------------
*"Oskar i pani Róża"

Rozdział trochę chaotyczny. Postaram się w kolejnych rozdziałach bardziej rozjaśnić tą sprawę.
Do Małej Jędzy: Tak, darmowo wstawia się opowiadania na quku.pl, ale trzeba poczekać 48 godzin by mógł ktokolwiek je przeczytać.
Na moim drugim blogu dodałam rozdział, na który zapraszam.
CZEKAM NA WASZE KOMENTARZE.
Do napisania

piątek, 30 maja 2014

Rozdział 4 (część 2)

Wszystko co mam, co dał mi świat
Noszę  sobie by kiedyś Ci dać
Choć mówią że, nie mamy szans
Ciągle wierzę że jeszcze jest czas (...)
Oddam Ci więcej niż będziesz chciał
Jeszcze razem będziemy się śmiać
Z tego co  było, z grzechów i kłamstw (...)
Warto spróbować, pomimo ran
Nie pozwolę Ci więcej się bać
Zacząć od nowa chcesz ty i ja
Tylko proszę nie zostawiaj mnie tak*

-----------------------

DLA WSZYSTKICH, KTÓRZY TO CZYTAJĄ



Jake...
Cała reszta...
Powinnaś odejść...
Popełniłaś największy błąd...
Zaufałaś
Pokochałaś
Zapomniałaś
Zostałaś

Jeszcze tylko przez kilka sekund stałam w tym samym miejscu. Każdy dźwięk dochodził do mnie z opóźnieniem. Nie rozumiałam poszczególnych słów, nie reagowałam na otoczenie. Nie poczułam kiedy komórka wypadła mi z rąk i uderzyła o podłogę.
Nie zauważałam nawet ojca, który chyba pierwszy raz się o mnie martwił. Patrzyłam na niego, ale tak jakbym go nie widziała. 
Pierwszy raz nie trzęsłam się ze strachu, nie wpadłam w panikę. Byłam tylko nieobecna. Tak, tak można było określić mój stan.
Zrobiłam kilka kroków w tył, sięgnęłam po kluczyki z samochodu i wybiegłam z domu, po drodze wymijając kogoś. 
Słyszałam za sobą, jak ktoś woła moje imię. Ale to do mnie nie docierało. Mnie już tu nie było. Jedyne co było ważne, to Jake. Musiałam wiedzieć co z nim, a potem... A potem zapewnię bezpieczeństwo moim bliskim. 
Nim wsiadłam do samochodu, poczułam czyjąś rękę na przedramieniu. Odruchowo obróciłam się i stanęłam na przeciwko Paula. W jego oczach widziałam zaniepokojenie i troskę, która nie była mi potrzebna. Bynajmniej tak sobie wmawiałam. 
-Co się stało?- Patrzył na mnie pytająco.
-Już nie musisz wiedzieć- odparłam dziwnie opanowanym głosem.- To nie twój świat.
Zmarszczył brwi.
-Jake mnie potrzebuje- dodałam po chwili. 
Wyrwałam się z jego uścisku i wsiadłam do samochodu. Odpaliłam silnik i ostatni raz patrząc na chłopaka odjechałam. Teraz nie mogłam o nim myśleć. Później, jutro, kiedyś. Najlepiej nigdy.
Jadąc zrozumiałam, że nawet nie wiem, w którym szpitalu znajduje się Ronan. Chciałam sięgnąć po telefon do kieszeni, jednak ona była pusta. W myślach przywaliłam sobie.
-Nie wiem kim jesteś- mruknęłam do siebie.- Ale gdy się dowiem...
W głowie przypomniałam sobie miejsce, w którym doszło do wypadku. W obrębie tego miejsca był tylko jeden szpital i miałam nadzieję, że tam właśnie znajdę mężczyznę.
Przed oczami widziałam nasze ostatnie spotkanie. Jego oczy, które były szczęśliwe. Śmiech i to co dla mnie zrobił. Pomógł mi. Odsunął się w cień i pozwolił dalej żyć. 
Nie musiałam mu pomóc, wiem, że tego nie oczekiwał, a nawet pewnie nie chciał. Ale ja sama tego potrzebowałam i chciałam to zrobić. Tak naprawdę nie miał nikogo oprócz mnie... a ja nie miałam nikogo oprócz niego.
Paul był przy mnie, gdy go potrzebowałam, ale nie robiłby tego, gdyby nie jego układ z Maxem. Kochałam go, ale nie było to dobre. Nie mogłam pozwolić by coś mu się stało.
Będąc już w szpitalu podeszłam do pielęgniarki, która siedziała przy komputerze, a jednocześnie zapisywała coś w papierach.
-Dzień dobry.- Przywitała mnie wymuszonym uśmiechem, jakby musiała siedzieć tu za karę.
Kobieta była była niewiele starsza ode mnie. Pewnie dopiero zaczynała tutaj pracę. Blond włosy związane były w wysokiego koka. Ubrana była w klasyczny strój pielęgniarek, choć mogłabym stwierdzić, że był chyba trochę za krótki.
-Chciałabym się dowiedzieć kto zajmuje się Jake'm Ronanem i w której sali przebywa- stwierdziłam pewnym głosem, który nie znosił sprzeciwu.
-Kim pani jest?- tak teraz się zacznie.
Teraz miałam dwie opcje. Albo kłamać, że jestem jego siostrą, żoną lub cokolwiek, albo po prostu powiedzieć prawdę.
-Anna Collins, w tej chwili chcę wiedzieć, w której sali leży ten pacjent, rozumiesz?!- powiedziałam to stanowczo zbyt głośno, więc kilka osób odwróciło się. Mówiłam też jednocześnie wystarczająco groźnym tonem by w oczach kobiety zobaczyć lekki strach.
-Proszę się uspokoić, bo będę musiała wezwać ochronę- ostrzegła próbując mnie przestraszyć.
Zaśmiałam się z dużą dozą kpiny.
-Mówisz o tych dwóch emerytach, którzy nie wiedzą jak wygląda prawdziwa praca ochroniarza?- spytałam retorycznie- Jestem córką Roberta Collinsa i albo w tej chwili powiesz mi, gdzie leży Ronan, albo od razu możesz szukać nowej pracy.
-Co się tutaj dzieje?- podszedł do nas starszy mężczyzna, jeśli pamięć mnie nie myliła, był to ordynator.
-Ta pani nie chcę się uspokoić- kobieta posłała mi złośliwy uśmiech.
Mężczyzna spojrzał na mnie zainteresowany. 
-Jak się pani nazywa i o co chodzi?
-Anna Collins- zauważyłam jak mężczyzna znieruchomiał na chwilę.- Chciałabym się dowiedzieć gdzie leży mój przyjaciel, a pani nie chcę mi wyjawić tego.
Kiwnął głową wyraźnie będąc myślami gdzieś indziej. Powiedział coś pielęgniarce, a ta z niezadowoloną miną zaczęła szperać w komputerze.
-Jake Ronan jest w tej chwili operowany, będzie mogła pani się więcej dowiedzieć po operacji- mruknęła jeszcze nazwisko lekarza i wróciła do swoich spraw.
Wywróciłam oczami i ruszyłam pod salę operacyjną. Usiadłam na jednym z krzeseł i wzięłam głęboki oddech. Dopiero teraz zaczęło to wszystko do mnie docierać.
Po kilku godzinach siedzenia, chodzenia wreszcie ktoś wyszedł z sali. Był to na oko trzydziestoparoletni blondyn. Miał na sobie niebieski strój i w ogóle nie zwrócił na mnie uwagi.
-Przepraszam- zawołałam za nim.
Facet obrócił się w moją stronę.
-Tak, o co chodzi?
-Chciałabym się dowiedzieć co z Jake'm Ronanem i kiedy będę mogła go zobaczyć- wyjaśniłam.
-Pan Ronan właśnie przeszedł operację. Stracił bardzo dużo krwi i jak na razie jest w śpiączce- oznajmił.- W czasie wypadku doszło także do wstrząśnienia mózgu, pacjent ma pęknięte dwa żebra oraz złamaną prawą rękę. Do tego rozległa rana na brzuchu, liczne zadrapania. Jednak pani chłopak miał dużo szczęścia, że przeżył i nie jest w takim stanie jak drugi mężczyzna. 
-Kiedy... będę mogła go zobaczyć- wydusiłam z siebie czując jak moje całe ciało zaczyna drżeć.
-Dzisiaj to niemożliwe, proszę przyjść jutro może wtedy.- Mężczyzna dotknął mojego ramienia.- Proszę być dobrej myśli.
-Nie może mnie jednak pan zapewnić, że jego stan się nie pogorszy, prawda?
Pokręcił przecząco głową. Musiałam usiąść, bo nie byłam pewna czy ustoję na nogach. Lekarz odszedł, a ja zostałam sama. Zakryłam twarz dłońmi, nie mogłam być pewna czy doktor czegoś jeszcze mi nie powiedział. Jake mógł mieć o wiele więcej obrażeń. Modliłam się tylko by z tego wyszedł. 
Po jakimś czasie ktoś podał mi plastikowy kubek. Podniosłam wzrok. Paul stał przede mną i wyciągał w moim kierunku ten właśnie kubek.
-Twój ojciec poprosił mnie, bym przyjechał do ciebie i zabrał  cię do domu- stwierdził zajmując miejsce obok mnie.
-Teraz będziesz pracował z moim ojcem?- spytałam oskarżycielskim tonem nie biorąc od niego napoju.
-Rozmawialiśmy już o tym - westchnął.- Co z nim?
Prychnęłam pod nosem.
-Dobrze wiem, że chciałbyś jak cała reszta- warknęłam.- By z tego nie wyszedł.
Przejechałam dłonią po włosach i poczułam jak po policzkach spływają mi łzy. 
-Dlaczego? Powiedz mi, co on wam do cholery zrobił, że każdy go znienawidził?- spojrzałam mu w oczy.- On mi pomógł, a każdy go uważa za potwora.  Nie ma nikogo oprócz mnie.
Nie odpowiedział mi. 
-Wiesz, kto za tym stoi?- zapytał po jakimś czasie. 
-To nie James- wyprzedziłam jego kolejne pytanie.- Nie wiem, ale chyba wiem, kto może wiedzieć.
-Kto?- zainteresował się.
-Max i Juliet- stwierdziłam pewnie.- Muszę ich odnaleźć.


Na pewnym biurku leżał notes. W nim nazwiska poukładane w nielogicznej kolejności. Nielogicznej dla wszystkich prócz jednej osoby. 
Lista nazwisk nie liczyła zbyt dużo osób. A może wręcz przeciwnie, było na niej ich za dużo. Każda z tych osób coś znaczyła. Była dla kogoś ważna. Niektórzy mieli rodziny, inni tylko partnera lub partnerkę, a jeszcze inni grono przyjaciół. Byli tam ludzi z pracą, zwykli uczniowie. Po prostu zwykli ludzie. Niektórzy nawet się nie znali. Jednak coś ich łączyło. A raczej ktoś.
Długopis zawisł w powietrzu i osoba zrobiła znaczek przy jednym z nazwisk. To była jej kolejna ofiara. To była kolejna osoba, której miało się coś stać.

-----------------
*Justyna Steczkowska "Wracam do domu"

W tym rozdziale bardziej chciałabym byście wgłębili się w cytat przed notatką. Sam rozdział może nie jest najlepszy, ale mam nadzieję, że wam się podoba. Dodałam dzisiaj ten rozdział, ponieważ jutro nie będzie mnie w ogóle w domu i nie miałabym możliwości dodać czegokolwiek.
Chciałabym byście byli bardziej aktywni. Jeśli wam się coś nie podoba, to piszcie. 
Jeśli macie jakieś pytania to tu ---------> ASK 
Czekam na wasze opinię.
Do napisania 

CZYTASZ = KOMENTUJESZ 

wtorek, 27 maja 2014

Rozdział 3 (część 2)

Poszukuję dobra
Lecz ono mnie unika
Smucę się w duszy
Bo wydaje się, że zło
Kocha moje towarzystwo*

----------------------



DLA MOJEJ BFF
TWÓJ POZIOM WIEDZY Z MATMY...
OCH... LEPIEJ NIE KOŃCZYĆ :P



RETROSPEKCJA



Czarne Ferrari zaparkowało w opuszczonej części Nowego Yorku. Wszędzie były domy widmo z powybijanymi oknami. Silnik został zgaszony, a jego kierowca oparł głowę o zagłówek. Westchnął ciężko. Miał za sobą prawie trzydzieści godzin bez sny, tylko cudem jeszcze umiał prowadzić pojazd. Korki, w których stał też robiły swoje. Jednak nic nie działało na niego tak, jak informacje które miał za chwilę otrzymać od jednego z swoich informatorów.
Już wcześniej dostawał pewne sygnały od ludzi, że coś się kroi. Z tego powodu postanowił wykorzystać jednego gówniarza i swojego przyjaciela do pilnowania siostry. Czułby się lepiej, gdyby sam to zrobił, jednak mieszkał na drugim końcu państwa, a więc było to niemożliwe. 
Dobrze wiedział, co teraz jego siostra musi przeżywać z młodym Brownem, lecz chciał dla niej jak najlepiej, a młody był mu coś winien. Niezbyt bardzo wierzył w możliwości nastolatka, ale musiał komuś zaufać. A że padło na niego...
Był pewien, że przez to jego siostra nie będzie niczego podejrzewać. Oczywiście uważał ją za osobę inteligentną, ale sam musiał przyznać, że czasami młoda Collins po prostu traciła rozum i albo udawała, albo na prawdę na jakiś czas stawała się tępą idiotką.
Po chwili drzwi od strony pasażera otworzyły się i do auta wsiadł czarnoskóry mężczyzna. Kiwnął głową w stronę swojego "szefa" i rozejrzał się po wnętrzu.
-Długo kazałeś czekać- stwierdził kierowca patrząc w przednią szybę.
-Pracować dla ciebie to sama przyjemność- wyznał ironicznie, a potem dodał poważnie.- To nie moja wina, że młoda cały czas pakuje się w kłopoty.
-Może i nie twoja- przyznał.- Ale to ty masz wiedzieć kto tym kłopotem jest.
Pasażer podał mu dwa zdjęcia.
-James Hall i Lucas...- nie zdążył dokończyć.
-Wiem kim są ci gówniarze- warknął zirytowany.- Kogo jeszcze kryjesz?! Oni sami by nie wpadli na takie coś.
Informator kiwnął posłusznie głową. Był świadomy jednego. Jedyne co było gorsze od Maxa Collinsa i ogólnie rodziny Collins, to wkurwieni Collinsowie.
Podał mu kolejne zdjęcie, a z ust blondyna wydobyła się wiązanka przekleństw. Dwa lata mieli spokój, teraz znów wrócił. 
-Co od niej chce?- spytał dziwnie opanowanym głosem.
-Max, ja wiem i ty wiesz czego on od niej chce- przypomniał.- Cała trójka chce się zemścić i każdy z nich ma powód. 
Wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Nie trzeba było dokańczać. Każdy z nich wiedział o co chodzi. Nikt jednak nie odważył się by powiedzieć to w obecności dwudziestoparolatka. Mimo, że jego rodzice tak bardzo próbowali ukryć prawdę, on się dowiedział. 
-Nie pozwolę by ten gnój ją skrzywdził, prędzej sam go zabiję niż zbliży się do Ann- zapewnił.
-Przemyśl to dokładnie- zaproponował.- Jeśli ona się dowie, nigdy ci nie wybaczy, a może przejść na ich stronę.
-Wymyślę coś.
Rzucił w czarnoskórego forsą, a gdy ten wysiadł, odjechał z piskiem opon. Wybrał numer do przyjaciela i bez powitania stwierdził:
-Wracam do Los Angeles, młoda ma nic nie wiedzieć.
-Jasne... szefie.

KONIEC RETROSPEKCJI

-To dlaczego w tym cholernym liście napisałeś, że nie wiesz kto mnie śledził?!- brunetka wybuchnęła i zaczęła nerwowo przechodzić od jednej ściany do drugiej.
Max powiedział jej prawdę, oczywiście pomijając kilka rzeczy, w tym śmierć ojca Jamesa i jeszcze... no ten... jeden bardzo istotny szczegół.
Nie odpowiedział na zadane mu pytanie.
-Jeszcze nie miałeś kogo wziąć, tylko jego.- Wskazała dłonią Paula, a ten zmarszczył brwi.
Dziewczyna dowiedziała się jak powstawał plan i jak jej brat powoli, małymi kroczkami wcielał go w życie. 
-Mogłeś od razu schować mnie w klatce pod czujnym okiem kamer i ochroniarzy- powiedziała sarkastycznie pierwszy raz będąc tak wściekła na blondyna.
-Chciał to zrobić- Jared spróbował rozluźnić atmosferę.- Ale nie znalazł odpowiedniego miejsca gdzie mógłby cię przetrzymywać.
Brązowooka spiorunowała go wzrokiem, a potem zauważyła, że jej przyszła szwagierka robi to samo.
Niebieskooki podniósł obie dłonie w obronnym geście i poderwał się z kanapy.
-To może opuszczę wasz dom nim nastanie kłótnia małżeńsko- rodzinna i pójdę się zabawić- mruknął i wyszedł z domu nim ktokolwiek zauważył.
-Zabije go kiedyś- warknęła Juliet.
Jednak do Ann nie docierało nic. Wszystko co dzisiaj się dowiedziała, nie miało dla niej najmniejszego znaczenia. Czuła tylko potworny ból. 
-Może jeszcze mi powiesz, że Jake'a też w to wmieszałeś, co?- zapytała oskarżycielsko. 
Tylko cudem udawało jej się nie popłakać. Gdyby paliła pewnie teraz zaczynałaby drugą paczkę... albo trzecią. Lecz nie wpadła w ten ohydny nałóg i chyba właśnie w tej chwili tego żałowała. Ale było coś co mogło jej pomóc, jednak z tym musiała poczekać do wieczora, gdy zrobi się chłodniej i słońce nie będzie tak piec. Myślała o bieganiu. Miała nieodpartą ochotę biegania.
-Dowiedziałaś się wszystkiego co wiem- skłamał, ale zrobił to tak perfekcyjnie, że żadne z trójki o tym się nie dowiedziało.- Teraz chcę wiedzieć. Czy to ty ostrzegłaś Jamesa?
Nastolatka nie patrzyła na niego. Czuła się zdradzona i postanowiła to okazać. 
-Nie zrobiłam nic, co uważałabym, że byłoby złe- odpowiedziała.
Max westchnął ciężko i spojrzał pytająco na swoją dziewczynę. Ta nie odzywała się. Wzruszyła ramionami i przyglądała się Annie.
Mężczyzna podniósł się z miejsca i podszedł do siostry. Zatrzymał ją i pocałował w czoło. To był moment ich pożegnania. 
Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Postanowiła, że choć raz zachowa się dorośle i nie pokaże jak bardzo słaba jest.
-Zostań- poprosiła cicho.
-Każdy myśli, że nie żyje- wyjaśnił.- Będzie lepiej dla twojego dobra, jeśli wszyscy nadal będą tak sądzić.
Dziewczyna wtuliła się w silne ramiona swojego brata i zaczęła cicho szlochać. Nie umiała dopuścić do siebie myśli, że znów go traci. Nie chciała by odszedł, ale sama za niedługo będzie musiała to zrobić.
-Jak to mówił Borys- zaczął Collins.- Sny zawsze odchodzą.
-Niektóre stają się rzeczywistością- upierała się.
-Nie tym razem, skarbie.
Ostatni raz pocałował ją w czoło i odsunął się. Ruszył w kierunku drzwi, a jego śladem poszła rudowłosa. Przy drzwiach ostatni raz się odwróciła. Wtedy Ann zobaczyła w jej oczach ulgę wymieszaną z spokojem. 
-Kiedyś dowiesz się prawdy- oznajmiła tonem jakby mówiła do małego dziecka.- Nie teraz, kiedyś gdy będziesz gotowa.
Potem jej twarz znów przybrała kamienny wyraz i po chwili opuściła dom Collinsów. 
Ann stała na środku pomieszczenia i czuła ogromną pustkę w sercu. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że ludzie na których jej zależało albo sami odeszli, albo ona odtrąciła ich. 
-Wszystko będzie dobrze- usłyszała za sobą ściszony głos osiemnastolatka.
Pokręciła przecząco głową.
-Nic nie będzie dobrze- zaprzeczyła.- A moja przyszłość najbardziej.

Rodzice nie zgodzili się na mój wyjazd na święta. Egoiści. Sami ich nie obchodzili, ale mnie nie pozwolili pojechać do babci. Te dni spędziłam sama w swoim pokoju. Jared i reszta myśleli, że jednak wyjechałam, więc mogłam pobyć sama w spokoju. Nadal nie mogłam uwierzyć, że Max wiedział o wszystkim od początku. Nie tego spodziewałam się po własnym bracie. Zawsze mówiliśmy sobie wszystko, a teraz? Szkoda gadać.
Postanowiłam nie wyjeżdżać z Los Angeles. Może kiedyś, nie teraz.

Powoli wrzucałam ostatnie rzeczy do walizki. Uśmiechnęłam się na samą myśl dwóch tygodni wolności. Ferie zimowe były nawet fajne, może oprócz tego, że klimat Kalifornii w styczniu niektórym ludziom nie kojarzył się z zimą.
Taką osobą była moja babcia, która mieszkając w Kanadzie miała, jej zdaniem, prawdziwą zimę. Z śniegiem i mrozem minus trzydzieści stopni.
Na samą myśl o zimnie, przeszedł przez moje ciało nie przyjemny dreszcz. Jednak od razu pocieszyłam się myślą, że gdy tylko zmarznę, napiję się kubka gorącej czekolady i zjem kawałek pysznego ciasta od babci. Co jak co, ale staruszka piec umiała jak nikt inny.
Jednak prawdziwym powodem mojego wyjazdu było oderwanie się od rzeczywistości. Ostatnio zbyt wiele rzeczy mnie przytłacza i zbyt wiele rzeczy jest jeszcze nie wyjaśnionych.
Rodzice unikają jakichkolwiek rozmów z moją osobą, cały czas mnie zbywają i tylko jakimś cudem wytrzymuje psychicznie z nimi. Aż dziwne, że dzisiaj tata jest w domu.
Usłyszałam jak ktoś wchodzi do pokoju. Podniosłam wzrok i zobaczyłam mojego ojca. Pierwszy raz widziałam, żeby był czymś zmartwiony. Patrzył na mnie niepewnie, i może mi się zdawało, ale bał się coś mi powiedzieć.
-Co chcesz?- westchnęłam wrzucając do torby kolejny ciepły sweter.
-Ann powinnaś to zobaczyć- stwierdził cicho i wskazał bym poszła na dół.
Po jego wyjściu stałam jeszcze chwilę w pokoju twierdząc, że to co chce mi pokazać na pewno nie ucieknie.
Dodałam jeszcze do walizki ostatnie kosmetyki i siłując się z torbą, zapięłam ją.
Odetchnęłam zwycięsko i przeczesałam palcami ciemne pasma włosów. Rozejrzałam się po pokoju i dopiero wtedy go opuściłam. Zbiegłam po schodach i ruszyłam w kierunku salonu.
Włączona była jakaś stacja informacyjna, zapewne regionalna, bo przecież nie pokazywaliby jakiegoś zwykłego wypadku w dużej stacji.
Mruknęłam zirytowana, że nie potrzebnie mnie ojciec wołał, gdy zobaczyłam coś co mnie zamurowało.
-Wypadek, który miał miejsce na drodze wlotowej do Los Angeles, był najprawdopodobniej wynikiem kolejnej wojny gagów, jednak te informacje nie są potwierdzone- oznajmił dziennikarz.- W wypadku zginęło dwadzieścia jeden osób i tylko dwie przeżyły. Jedną z "szczęśliwców" był dwudziestosiedmioletni Jake Ronan, który trafił w ciężkim stanie do najbliższego szpitala. Jak się dowiadujemy, najbliższe dwadzieścia cztery godziny będą decydujące.
Jake... Mój Jake... Mój przyjaciel... Po prostu Mój.
Załamana wpatrywałam się w ekran telewizora, który od pięciu minut nadawał coś zupełnie innego.
-Ann!- usłyszałam podniesiony głos ojca.
Spojrzałam na niego będąc myślami gdzieś indziej.
-Telefon...
Dopiero po chwili wyczułam wibracje w przedniej kieszeni spodni. Wyciągnęłam komórkę i automatycznie odebrałam.
-Dziękuję, że pozbyłaś się kilku moich wrogów- usłyszałam nieznajomy głos.- Teraz już nikt mi nie przeszkodzi, by w końcu cię dopaść. Jake Ronan to tylko początek. Każdy z twoich bliskich poniesie konsekwencje twoich czynów, Anno. Nikt nie jest bezpieczny, a to dlatego, że nie odeszłaś. Zostałaś i to był twój największy błąd....
 
--------------------
 * Rihanna "Unfaithul"
Wiem, mógłby być lepszy. Przepraszam, ale mam nadzieję, że i tak skomentujcie go. 
Jeśli macie jakieś pytania odnośnie opowiadania, bohaterów itp. Lub po prostu chcecie o coś mnie zapytać, to zapraszam tutaj ------->ASK
No to...
Do napisania
 
CZYTASZ = KOMENTUJESZ
 

Szablony