wtorek, 10 czerwca 2014

Rozdział 7 (część 2)

Kiedy znikniemy stąd, Ty nie pytaj o sens (...)
To jest ta noc, nasze miejsce i czas
Nie złapią nas, gdy pędzimy jak...*

---------------------------
Podobno każdy człowiek jest dzieckiem. Nie ważne czy ma lat pięć, czy pięćdziesiąt, każdy podobno jest dzieckiem. Bynajmniej tak uważa Edna St. Vincent Millay, twierdząc, że dzieciństwo to królestwo , w którym nikt nie umiera.
Mogłam się zgodzić z tymi słowami, ale zawsze jest jakieś "ale".
Patrząc na Leona, mogłabym z całą pewnością stwierdzić, że tamte słowa to największa głupota świata. Zwłaszcza widząc jego minę, gdy oświadczyłam, iż wybieramy się do wesołego miasteczka. Jeśli ten facet ma jakiś słaby punkt, to jest nim właśnie to miejsce.
-Sprowadzasz mnie na złą drogę, Brown- oznajmiłam zapinając pasy w jego samochodzie.
Ochroniarz miał jechać za nami i już na początku ostrzegł, że jeśli spróbujemy mu uciec, to będę miała kłopoty. 
Ale my będziemy grzeczni... Do czasu aż nie znajdziemy się na terenie wesołego.
-Ja?- udał zaskoczenie.-Mała, przecież jestem najgrzeczniejszym człowiekiem na ziemi.
Posłał mi spojrzenie w stylu "jak ty możesz o tym nie wiedzieć?!"
-Och... No tak, zapomniałam.- Po chwili coś zrozumiałam.- Ej! Ja wcale nie jestem mała!
Spojrzał na mnie z odrobiną kpiny, zapalił silnik i włączył się do ruchu. Widziałam w bocznym lusterku, że Leon jedzie za nami. Oparłam głowę o chłodną szybę i przymknęłam oczy. 
-Pamiętasz- zaczęłam.- Że jesteś coś mi winny?
Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego. Staliśmy właśnie na światłach, więc chłopak mógł na mnie patrzeć. Podniósł prawą brew do góry czekając aż dokończę.
-Byłam przez ciebie mokra- przypomniałam.
-Byłaś mokra?- poruszył znacząco brwiami, a na jego ustach pojawił się łobuzerski uśmiech.
-Ty tylko o jednym- wywróciłam oczami, ale patrząc na niego nie mogłam się powstrzymać by się nie uśmiechnąć.
-Ann, ja tylko powtórzyłem twoje słowa- udał niewinnego.- To ty masz brudne myśli.
Kiwnął głową na potwierdzenie swoich słów i przeniósł wzrok na jezdnię.
-Uczę się od najlepszych- powróciłam do chłodnej szyby nadal się uśmiechając.
-A to też prawda. To co jestem ci winien?

-To gdzie idziemy?- brunet spytał znacząco jednocześnie rozglądając się wokoło.
Jako, że mieliśmy ferie, teraz było tu pełno dzieci i nastolatków. Jednak i tak wiedziałam, że jesteśmy pod czujnym okiem Leona.
-Kolejka?- zaproponowałam.
Kąciki jego ust powędrowały ku górze. Chwycił moją dłoń i zaczął prowadzić w kierunku atrakcji, w której nie mam pojęcia czemu, tak wiele ludzi chciało brać udział.
-Godzę się na coś, co jeszcze kilka miesięcy temu było dla mnie największym złamaniem zasad- mruknęłam.
Tak naprawdę tęskniłam za moim dawnym życiem. Od pogrzebu Maxa nie pracowałam i teraz czułam, jakbym straciła część siebie. Dodatkowo teraz to ja mam ochronę i czuję się osaczona. Czuję, jakby brakowało mi tlenu, wolności. Decydowania o własnym życiu i podejmowania samodzielnie decyzji. Było pewne, że nie wytrzymam pół roku, zwłaszcza jeśli Leon będzie mi towarzyszył na każdym kroku, co robi cały czas.
-Rollercoaster?
Wywróciłam oczami.
-Ucieczka od ochroniarza.
Chłopak zatrzymał się.
-Jeśli nie chcesz...- zaczął.
-Chcę- przerwałam mu.- Potrzebuję tego.
Znów na jego twarz pojawił się uśmiech.
-Zawsze musi być pierwszy raz, nie, mała?- Mrugnął do mnie.
-Mała to jest twoja...- Nie zdążyłam dokończyć, bo mi przerwał.
-Nie mów o czymś, czego nie widziałaś. Jeszcze.
Pocałował mnie w czoło i znów ruszyliśmy.

-Wiesz chociaż jak się nazywał- Paul szedł kawałek za mną.
Rozglądałam się w około.
-Nie.- Pokręciłam przecząco głową.- Ale wiem, kiedy go zabiłam.
Znajdowaliśmy się na cmentarzu. Chciałam znaleźć grób mojego drugiego brata. Nie wiem po co. Może tak naprawdę nie chciałam, ale czułam się do tego zobowiązana. Nie wiedziałam nawet jak on miał na imię.
Zastanawiało mnie jedno. Dlaczego chciał zabić Maxa, a nie mnie? Dlaczego akurat ja miałam dowiedzieć się prawdy? Coś mi mówiło, że Max też nie miał o tym pojęcia, więc dlaczego ja? 
-Coś się stało?- spytał idąc obok mnie.
-Czemu on chciał zabić Maxa? Czemu to ja miałam znać prawdę, a nie on?- wpatrywałam się w ścieżkę przede mną.
Powiedziałam Paulowi wszystko co wiedziałam. Musiałam komuś powiedzieć by nie dusić tego w sobie.
-Jego data śmierci zbyt wiele nam nie da- powiedział.- Cmentarz jest duży, a my mamy mało czasu.
Nagle zatrzymałam się i zaczęłam wpatrywać w jedno miejsce.

Ś.P.
Max Robert Collins
ur. 19.07. 1988r. zm.27.11.2012r.

-Myślisz...- Spróbowałam przełknąć gulę, która znalazła się w moim gardle.- Że powinnam żyć tak, jakby go naprawdę nie było?
-Nie powinnaś- zaprzeczył patrząc na nagrobek.- Ale tak będzie lepiej.
Skinęłam głową i zacisnęłam zęby by się nie popłakać.
Jednak na nic były moje starania. Po policzku spłynęła mi łza.
-Chodź, poszukamy dalej.- Paul widząc co się ze mną dzieje, zaczął odciągać mnie od grobu Maxa.
-Kiedy to było?
-Piątego maja dwa tysiące ósmego roku. W godzinach nocnych wówczas trzynastoletnia Anna Collins oddała strzał, tym samym zabijając... - No przypomnij sobie! Przypomnij sobie te cholerne nazwisko!- Kula trafiła w samo serce, napastnik nie miał szans na przeżycie. 
Brunet patrzył na mnie zaskoczony.
-Znasz to na pamięć?
Wzruszyłam ramionami.
-Te akta nigdy nie pojawiły się w policji. Leżą w sejfie, w firmie. Nie mam już do nich dostępu. 
Szliśmy w ciszy.
-Mówisz- zatrzymał się.- Piąty maj, prawie pięć lat temu?

Ś.P.
Alan Victor Stewart
ur. 21.01.1985 zm. 05.06.2008r.

-Który dzisiaj mamy?- zapytałam nie odrywając wzroku od nagrobka. Pragnęłam zamknąć oczy, lecz nie umiałam. Czułam się tak, jakby to była największa kara dla mnie. Musiałam patrzeć tam by czuć ból, by wiedzieć co zrobiłam.
-Dwudziesty pierwszy stycznia- odparł cicho.
Upadłam na kolana. 
-Przez ostatnie kilka lat mama zawsze znikała tego dnia-wyznałam czując jak łzy spływają mi po policzkach.- Ja myślałam, że się dla niej nie liczę. Że ważna jest dla niej tylko praca, a ona... Ona nie umiała znieść tego, że zabiłam... jej syna.
Poczułam nagle ogromny ból w klatce piersiowej. Tego było za dużo. 
-Dzisiaj też tu była- dodałam widząc świeże kwiaty.- Myśli, że Max też nie żyje. Jestem winna ich śmierci, a do tego dopuściłam, żeby Juliet zabiła Organizatora.
Chłopak przysiadł obok mnie i zaczął ścierać łzy.
-To nie twoja wina- zaprzeczył.
-Zrządziłam piekło własnej matce. Co ze mnie za córka?
Paul nic nie mówił. Był tam za mną i to było najważniejsze. Nie wiem jak długo tam siedzieliśmy. Nie wiem nawet jak stamtąd odeszłam. Nie pamiętałam nic. A może wręcz przeciwnie. Pamiętałam zbyt wiele.

Kiedy wróciłam do domu, mama była już. Nigdy nie zdarzało się, by wracała tak wcześnie. Chciałam coś powiedzieć, ale zrezygnowałam w ostatniej chwili. 
-Leon jest?
Kobieta popatrzyła na mnie przez chwilę jakby zastanawiała się nad sensem moich słów. 
-Nie powinien być z tobą?
Przełknęłam ślinę i odwróciłam wzrok.
-Uciekłam mu.- Nim zdążyła coś odpowiedzieć, pobiegłam do siebie na górę.
Zatrzasnęłam drzwi i osunęłam się po nich na podłogę. Objęłam kolana ramionami i przymknęłam oczy. Po chwili sięgnęłam po komórkę i wybrałam numer do babci.
-Halo?- usłyszałam głos staruszki.
-Babciu- wychlipałam.- Znam całą prawdę.
Jednak nie otrzymałam odpowiedzi. Usłyszałam tylko wystrzał pistoletu. Nie. Nie mogę stracić kolejnej osoby. Nie teraz!
-Babciu!

-----------------
Mrozu- "Rollercoaster"

Wiem, rozdział króciutki. W weekend postaram napisać dłuższy. 
Co sądzicie o tym rozdziale? Czekam na wasze opinie.
Do napisania

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Mamy zwiastun

Właśnie dodałam podstronę, na której umieściłam zwiastun I- części opowiadania.
Filmik został stworzony przez Kliii z "kreatywnych zwiastunów"
Jeszcze raz bardzo dziękuje za wykonanie
A Was zapraszam do obejrzenia i wyrażenia swojej opini
Do napisania

niedziela, 8 czerwca 2014

Rozdział 6 (część 2)

Odwaga zabija mnie
Nic się nie stało
Przecież dobrze wiesz
Oddałem wszystko
Żeby wszystko mieć
-----------

Siedziałam osłupiała na fotelu. Nie umiałam tego wszystkiego zrozumieć, a tym bardziej uwierzyć, iż jest to prawdą. No bo jak to? Moja matka miała romans z Organizatorem? Na samą tą myśl mój żołądek robi fikołka. A jeśli to prawda, to czy mój ojciec wiedział o tym? Czy wiedział o zdradzie matki? 
A babcia...
Nagle mnie olśniło. Zakryłam twarz dłońmi. Dopiero teraz dotarło do mnie dlaczego ona tak bardzo mnie unikała. Teraz wiedziałam czemu cztery lata temu straciłam z nią kontakt. Ona o tym wiedziała i chyba cierpiała. Przeze mnie.
James już dawno poszedł. W Los Angeles każdy go szuka. Wyjechał gdzieś. Gdzie? Nie powiedział, mnie zresztą to nie interesowało. 
Nagle usłyszałam dźwięk dzwonka. Podniosłam wzrok na Cam, która ruszyła w stronę drzwi. Kompletnie zapomniałam o jej obecności, a przecież byłam w jej domu. Jednak wszystko co dowiedziałam się jakiś czas temu, teraz musiało zniknąć, schować się w mojej pamięci i nie przypominać o sobie.
Do środka wszedł Borys, a ja już wiedziałam, że mam cholerne kłopoty. Miał założone okulary przeciwsłoneczne, więc nie mogłam spojrzeć mu w oczy. Twarz miała kamienny wyraz i wiedziałam, że jest nieźle wnerwiony. Jedyne co mnie zastanawiało to, to co tu robi. Ostatni raz widziałam go na pogrzebie Maxa.
-Borys- wstałam z miejsca.
-Ann- opanowany Borys był najgorszy. Bo tak naprawdę wtedy mógł zrobić wszystko.- Do samochodu.
Wywróciłam oczami. 
-Przyszłam tylko do przyjaciółki- skłamałam idąc do drzwi.- A nie chciałam by on mi przeszkadzał.
-Jego pracą jest przeszkadzanie, jakbyś zapomniała.- Nie lubiłam wkurzonego Borysa. Choć gdy miałam szkolenie tylko takiego spotykałam.
-Pamiętam- mruknęłam.- Też pracowałam.
-Ostatnio nie można było nazwać pracą tego co robiłaś.
Wzniosłam oczy ku niebu i wsiadłam na tylne siedzenie mojego samochodu.
-Pozwolił ci ktoś jeździć moim samochodem?- warknęłam do rudzielca.
Nie odpowiedział. Spojrzał tylko w tylne lusterko i nasze spojrzenie się skrzyżowały. Czy ja też bywałam taka irytująca?
-Zawieź mnie do Brownów- zażądałam.
Jadąc próbowałam wszystko poukładać. Teraz musiałam jechać do Paula. Spojrzałam na zegarek, dochodziła już dziewiąta i szczerze powiedziawszy byłam wykończona. Wypadek Jake, ochroniarz, rozmowa z Jamesem. To za dużo jak na jeden dzień, a przede wszystkim za dużo dla mnie.
Spojrzałam na wyświetlacz telefonu szukając jakiejkolwiek wiadomości od Maxa lub Juliet. Jednak było pusto. Poczułam ukłucie w sercu, a po policzku spłynęła mi pojedyncza łza, którą szybko starłam.
Kiedy Leon zaparkował przed domem Brownów, wysiadłam szybko nie czekając aż otworzy mi drzwi, co właśnie zamierzał zrobić.
-Nie musisz tutaj czekać- stwierdziłam, choć wiedziałam, że będzie czekał.
Paul był w ogrodzie. Kopał piłkę jakby się na niej wyżywał. Był bardzo skupiony na tym co robił, więc nie zauważył, że przyszłam. Mogłam spokojnie mu się poprzyglądać.
Usiadłam na schodkach i czekałam aż skończy.
Zastanawiało mnie dlaczego z Leonem przyjechał Borys. Ten pierwszy sam przecież dałby sobie radę.
Oparłam brodę o kolana i przymknęłam oczy. Juliet miała rację, nie byłam gotowa by poznać prawdę. Nie teraz. Może gdybym dowiedziała się o tym za dziesięć, piętnaście lat. Może wtedy.
-Długo tak tu siedzisz?- spytał Paul.
Nawet nie wiedziałam , że już skończył.
-Nie wiem- wzruszyłam ramionami.- Może. Przed waszym domem czeka na mnie mój ochroniarz. Wcześniej dowiedziałam się czegoś w co nie umiem uwierzyć, rano Jake miał wypadek, a ja nie wiem co mam robić.
Chłopak westchnął ciężko i usiadł obok mnie.
-Nawet nie mam jak skontaktować się z Maxem. Uciekł, stwierdził, że skoro wszyscy myślą, iż nie żyje, to niech tak pozostanie. A ja, do cholery, nie daję rady...
Paul objął mnie i przyciągnął do siebie.
-Od początku, mała- szepnął.- Powiedz co się stało od początku.
-Nie mam pojęcia gdzie jest początek- wyznałam. A po chwili dodałam.- Nie chcę o tym mówić. To za trudne.
Ciemnooki przysunął mnie tak, że teraz siedziałam na jego kolanach.
-Przepraszam- szepnęłam przytulając się do niego.- Paul, przepraszam.
-Ci..- Głaskał mnie po plecach. -Nie przepraszaj mnie.
-Nie pozwól mi odejść- poprosiłam.

Lotnisko. Bilet zamówiony do Winnipeg, Kandy. Mężczyzna nie miał bagażu. Miał tylko torbę podróżną. Zastanawiające było to jak przeszedł surową kontrolę mając przy sobie broń. Niektórzy mają przywilej. On go miał. Z jakiego powodu? Dobrze wszystkim znanemu, a jednak nikt nie wiedziałam w jakim celu użyje broni. Tym razem nie miał to być tylko wypadek, wątpił nawet w to czy taki wypadek przeżyłaby ta osoba.
Miał pozbyć się jej na samym początku jednak pojawiły się komplikacje i musiał im zaradzić.
Rozsiadł się wygodnie na fotelu w pierwszej klasie i spojrzał na teczkę. Imię, nazwisko, adres, numer telefonu, dzieci, zmarły mąż. Wszystkie informacje miał w jednej teczce. Pytanie po co  mu były?
Lubił wiedzieć kogo się pozbywa. Takie zboczenie zawodowe. Uśmiechnął się do siebie, nikt nie dowie się kim jest. Nikt nie uwierzy, że to on, bo jest zbyt dobry. Zbyt dobry by stać się złym. A jednak, pozory mylą.

Minęły dwa dni. Przez te durne dwa dni nie mogłam odwiedzić Jake. To znaczy mogłam, w towarzystwie Leona. Jakoś nie wyobrażałam sobie tego, że siedziałabym przy Jake'u, a tuż obok stałby ochroniarz. Nie.
Nie mówiłam rodzicom, czego się dowiedziałam. Za jakiś czas powiem, nie teraz.
Siedziałam w kawiarni pod czujnym okiem Leona, który był ode mnie oddalony o kilka stolików.
-On tak teraz będzie cały czas za tobą chodził?- Paul patrzył na mnie pytająco.
Kelnerka podała właśnie sok i kawę. Zaczęłam nerwowo bawić się szklanką i wpatrywałam się w pomarańczowy płyn.
-Mhm- mruknęłam.
-Ty nie byłaś tak uciążliwa- stwierdził.
Uśmiechnęłam się do niego blado.
-Odzywał się do ciebie?- zapytałam ciszej.
Westchnął ciężko i pokręcił przecząco głową.
-Jared też przestał się do mnie odzywać- dodałam smutno.- Nawet nie mogę iść odwiedzić Jake.
Wywróciłam oczami.
Brunet dotknął mojej dłoni i posłał mi pocieszający uśmiech. Po chwili pochylił się nad stołem, a jego uśmiech rozszerzył się i przybrał łobuzerski rodzaj.
-Mam pomysł- oznajmił patrząc mi w oczy.
-Jaki?- spytałam zaciekawiona.
-Wesołe miasteczko- dodał próbując być poważnym, jednak na daremno się starał.
Wybuchnęłam śmiechem, a potem pocałowałam chłopaka w policzek.
-Wariat.
--------------
*Dawid Podsiadło "4:30"
Wiem, rozdział bardzo krótki, ale też jest dobrze, bo miałam go nie pisać w tym tygodniu. Coraz mniej osób komentuje rozdziały i zastanawiam się czy jest jakikolwiek sens pisania tego opowiadania dalej.
To chyba tyle co chciałam napisać.
Czekam na wasze komentarze.
Do napisania.
PS.Na drugim blogu pojawił się nowy rozdział

 

wtorek, 3 czerwca 2014

Rozdział 5 (część 2)

Zapominamy, że życie jest kruche, delikatne, że nie trwa wiecznie. Zachowujemy się wszyscy, jakbyśmy byli nieśmiertelni*
-----------------

-Powinnaś wrócić do domu- stwierdził Paul.
Był tu ze mną już od dwóch godzin i nadal siedział. Co chwilę prosił, byśmy wrócili już do domu. Jednak ja nie mogłam, czułam, że jeśli sobie pójdę już nigdy nie zobaczę Jake'a. Cichy głosik mówił mi, że przecież Jake to twardziel, wszystko zniesie. Wiedziałam to, ale się bałam. Bałam się o mojego przyjaciela, to chyba normalne, prawda?
Pokręciłam głową i wzięłam łyk ohydnej kawy. Nie lubię kawy, a właśnie teraz jestem w połowie drugiego kubka. Przełknęłam odrobinę gorzkiego napoju i skrzywiłam się mimowolnie. 
-Jake uwielbia kawę- wyznałam.- Uwielbia czarną, mocną kawę. Może pić ją litrami, zupełnie jak Max, a nawet jeszcze więcej. Znam go od ponad dwóch lat i nadal nie umiem tego zrozumieć.
-Wiesz, że zaraz zejdziesz na zawał, jeśli wypijesz choć jedną kawę- uświadomił mnie chłopak.
Spojrzałam na niego kontem oka i wzruszyłam ramionami. Co mogę mi zrobić dwie mocne, przypomnijmy ohydne, kawy? No właśnie, nic.
-Ann on jest po operacji, dzisiaj nikt cię do niego nie wpuści- osiemnastolatek zaczął się irytować.- Chodź do domu, jutro tutaj przyjedziemy.
-Chcesz, to idź- mruknęłam.
Czułam na sobie jego spojrzenie. Wywróciłam oczami i przeniosłam na niego wzrok.
-No co?
-Chodź. Do. Domu.- Oddzielał każde słowo.
-Nie mogę go zostawić, on mnie potrzebuje- próbowałam obstawać przy swoim.
-Właśnie- potwierdził, a ja poczułam, że wygrałam. Nie długo cieszyłam się.- Potrzebna jesteś mu ty, a nie twoje zwłoki.
Patrzyłam mu w oczy wiedząc, że ma racje. Czemu tylko zawsze ja się mylę? 
-Nie potrafię- spuściłam głową.- Boję się go tu zostawić. 
-Mała, on nie jest aż w tak ciężkim stanie. Mogło być o wiele gorzej- próbował mnie przekonać.
Niepewnie podniosłam się z miejsca i ostatni raz spojrzałam na drzwi. Wpatrywałam się w nie mając nadzieję, że zaraz pojawi się w nich Jake i powie jeden z tych jego tekstów. Powie, te swoje "kochanie", które mnie denerwuje i wyciągnie paczkę papierosów chcąc zapalić.
Paul prawie siłą wyciągnął mnie ze szpitala, wsadził na miejsce pasażera w moim samochodzie, a sam usiadł za kółkiem.
-Jak tu przyjechałeś?- spytałam marszcząc brwi.
-Taksówka- westchnął.
Po jakimś czasie siedziałam w gabinecie ojca, który był obok sypialni rodziców. Mężczyzna siedział na skórzanym krześle obrotowym i przeglądał papiery. 
Dawno nie rozmawiałam z tatą tak normalnie. Aż dziwne się czuję wiedząc, że zaraz odbędzie się nasza dyskusja. 
-Jak się domyślam- zaczął opierając się o krzesło i patrząc mi prosto w oczy.- Wypadek tego mężczyzny nie był przypadkiem i ty o tym wiesz, prawda Anno?
Nie odwróciłam wzroku, próbowałam wytrzymać jego ciężki wzrok. Był zły, zawiedziony, niezadowolony. Dużo można byłoby wymienić przymiotników. Jedyne co mnie zastanawiało to dlaczego dopiero teraz? 
Halo, Tato! Potrzebowałam cię jakiś czas wcześniej. Wtedy gdy ty chciałeś, bym była na miejscu Maxa.
-Anno- wymówił moje imię zbyt spokojnie.- Od dzisiaj nigdzie się nie ruszasz bez Leona.
Co?
-Tato, jestem ochroniarzem, nie potrzebuję ochrony- westchnęłam.
-Max mówił to samo.- Więc jednak naprawdę nie wiedzą, że on żyje.
-Ale- nagle sobie dokładnie uświadomiłam, co mój ojciec powiedział.- Ty chyba nie masz na myśli tego łysego osiłka, prawda?!
-Leon, Ann- poprawił mnie zirytowany.- Leon.
-Równie dobrze Borys może mnie znów pilnować!- wyrzuciłam dłonie w powietrze.
Patrzył na mnie ostrzegawczo. Tato, naprawdę? Akurat teraz?
No to sobie poszukałaś Maxa, Ann. Poszukałaś.
-Nie zgadzam się, wiesz, że za pół roku kończę osiemnaście lat, nie?- Zaczęłam nerwowo chodzić po gabinecie.
-Do tego czasu będzie ci towarzyszyć Leon. Albo normalnie będziesz z nim pracować, albo facet się narobi i będzie cię śledził.
Ktoś zapukał do drzwi i w środku pojawił się mój ochroniarz. Zmierzyłam go wzrokiem. Tak naprawdę nie był łysy, jego włosy były kasztanowe, a w słońcu widać było rude pasma, które były krótko przystrzyżone. Był w wieku Jake'a i pracował u nas od sześciu lat, mnie zawsze traktował jakbym nic nie potrafiła. 
-Już wolałabym by Natalie mnie pilnowała- założyłam dłonie na klatce piersiowej.
-Zostaw nas samych- rozkazał ojciec.- Od jutra znów zaczynam normalnie pracę, ale Leon na czas twoich ferii się do nas wprowadzi.
-Jasne... Tato.- Ruszyłam w kierunku drzwi.- Idę do.. siebie.
Idąc po schodach coś zrozumiałam. Oni nie robili tego dla mojego bezpieczeństwa. Chcieli coś ukryć i dlatego postanowili dać mi ochroniarza. 
Długo ci to zajęło.
Weszłam do swojego pokoju i zamknęłam drzwi na klucz. Będąc przy oknie wyciągnęłam komórkę i wybrałam numer do Jamesa.
-Czego chcesz, Collins- warknął do słuchawki.
-Mieliśmy umowę- przypomniałam lodowatym tonem. 
-Gdzie i kiedy?- zapytał po dłuższej chwili wyraźnie niezadowolony.
-Właśnie tu mamy problem- wypuściłam powietrze.- Ojciec załatwił mi ochronę.
Kiedy po pół godzinie zeszłam na dół, Leon właśnie zwiedzał dom.
-Chcę sprawdzić twój pokoju- stwierdził jak gdyby nigdy nic. 
Prawie udławiłabym się sokiem. 
-Sorry, nie będziesz przeszukiwał moich rzeczy osobistych- zaprzeczyłam.- Nie podłożysz mi żadnego podsłuchu w pokoju, zboczeńcu.
Mężczyzna stał osłupiały, gdy w tym samym czasie ja go wyminęłam.  Wiedziałam, że nie o to mu chodzi, lecz nie zamierzałam ułatwiać mu pracy. Sama umiałam się sobą zająć i nie potrzebowałam niańki.
Poszłam do garażu, mając nadzieję, że rudzielec za mną nie pójdzie. Szczerze powiedziawszy wolałam rudowłosą Juliet od niego. Choć z tamtą często nie dawało się wytrzymać. 
Zeskoczyłam z dwóch schodków i zapaliłam światło. Rozejrzałam się w około i uśmiechnęłam na widok motocykla. Przechodząc obok niego przejechałam palcami po lakierze, a potem jak najciszej otworzyłam garaż. 
Miałam szczęście, że Paul zaparkował tuż przy samym garażu. Wsiadłam do samochodu i odjechałam zostawiając faceta- idiotę w domu.
Po kilkunastu minutach okrężnej jazdy zaparkowałam pod domem Bakerów. Drzwi otworzyła mi zdezorientowana Cam. 
-Jest już?- spytałam chłodno patrząc prosto w jej oczy i dając do zrozumienia kto tu rządzi.
Skinęła głową i wpuściła mnie do środka. James siedział rozwalony na kanapie w salonie i popijał piwo z butelki. Skrzywiłam się.
-Gadaj- zażądałam, a on leniwie poprawił się na sofie.
-Pamiętasz jak zabiłaś tego gościa?- spytał.- Ojciec Lucasa nie wiedział kim dokładnie jest. Był świadomy tego, że jest dobrym zabójcą i to mu wystarczało, podobno. Szczerze nie przeszkadzał mu twój brat, nawet nie chciał go zabić.
Prychnęłam pod nosem, ale pozwoliłam mówić mu dalej. Coś mówiło mi, że to co on powie, będzie prawdą.
-Wiesz, Lu nic do ciebie nie miał. Jego ojciec był trochę zły, ale chodziło o coś innego- blondyn spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się kpiąco.- O prawdę. Chciał by twój stary powiedział ci prawdę. A że tego nie zrobił, to wujek kazał synowi zranić ciebie i to tak porządnie. Byś trafiła do Organizatora.
-Jaką prawdę?- podniosłam prawą brew do góry.
-Dojdziemy do tego, trochę cierpliwości- mruknął.
-Jakbyś miał ogon, też byś jej nie miał- warknęłam.
-Collins się wkurzył, coś musiało jeszcze się stać i postanowił usunąć przeszkody. Szkoda tylko, że nie zabił tego brata co trzeba- ostatnie zdanie powiedział z goryczą w głosie.- Oprócz naszych rodziców ktoś jeszcze wie o prawdzie. Ta sama osoba, która chciała zabić Jake'a.
-Wiesz kim jest ten facet?- spytałam z nadzieją.
Niebieskooki pokręcił przecząco głową i odpalił papierosa.
-Chłopak, który chciał zabić twojego brata został porzucony przez matkę- oznajmił.- Wychowywał go  jeden z najgorszych ludzi w Los Angeles...
Nie musiał kończyć. Znałam odpowiedź.
-Organizator- jęknęłam.
-Gdyby żył mielibyście wiele wspólnego Collins- zaśmiał się jakby był to najśmieszniejszy żart.- Wspólną matkę. Zabiłaś swojego brata.
On kłamał. Musiał kłamać. Ojciec by mi... Nie, nie powiedziałby mi. Czy to jest to o czym mówiła Juliet? Czy to prawda, że moja matka miała drugiego syna, a ja go... Zabiłam?

--------------------
*"Oskar i pani Róża"

Rozdział trochę chaotyczny. Postaram się w kolejnych rozdziałach bardziej rozjaśnić tą sprawę.
Do Małej Jędzy: Tak, darmowo wstawia się opowiadania na quku.pl, ale trzeba poczekać 48 godzin by mógł ktokolwiek je przeczytać.
Na moim drugim blogu dodałam rozdział, na który zapraszam.
CZEKAM NA WASZE KOMENTARZE.
Do napisania

piątek, 30 maja 2014

Rozdział 4 (część 2)

Wszystko co mam, co dał mi świat
Noszę  sobie by kiedyś Ci dać
Choć mówią że, nie mamy szans
Ciągle wierzę że jeszcze jest czas (...)
Oddam Ci więcej niż będziesz chciał
Jeszcze razem będziemy się śmiać
Z tego co  było, z grzechów i kłamstw (...)
Warto spróbować, pomimo ran
Nie pozwolę Ci więcej się bać
Zacząć od nowa chcesz ty i ja
Tylko proszę nie zostawiaj mnie tak*

-----------------------

DLA WSZYSTKICH, KTÓRZY TO CZYTAJĄ



Jake...
Cała reszta...
Powinnaś odejść...
Popełniłaś największy błąd...
Zaufałaś
Pokochałaś
Zapomniałaś
Zostałaś

Jeszcze tylko przez kilka sekund stałam w tym samym miejscu. Każdy dźwięk dochodził do mnie z opóźnieniem. Nie rozumiałam poszczególnych słów, nie reagowałam na otoczenie. Nie poczułam kiedy komórka wypadła mi z rąk i uderzyła o podłogę.
Nie zauważałam nawet ojca, który chyba pierwszy raz się o mnie martwił. Patrzyłam na niego, ale tak jakbym go nie widziała. 
Pierwszy raz nie trzęsłam się ze strachu, nie wpadłam w panikę. Byłam tylko nieobecna. Tak, tak można było określić mój stan.
Zrobiłam kilka kroków w tył, sięgnęłam po kluczyki z samochodu i wybiegłam z domu, po drodze wymijając kogoś. 
Słyszałam za sobą, jak ktoś woła moje imię. Ale to do mnie nie docierało. Mnie już tu nie było. Jedyne co było ważne, to Jake. Musiałam wiedzieć co z nim, a potem... A potem zapewnię bezpieczeństwo moim bliskim. 
Nim wsiadłam do samochodu, poczułam czyjąś rękę na przedramieniu. Odruchowo obróciłam się i stanęłam na przeciwko Paula. W jego oczach widziałam zaniepokojenie i troskę, która nie była mi potrzebna. Bynajmniej tak sobie wmawiałam. 
-Co się stało?- Patrzył na mnie pytająco.
-Już nie musisz wiedzieć- odparłam dziwnie opanowanym głosem.- To nie twój świat.
Zmarszczył brwi.
-Jake mnie potrzebuje- dodałam po chwili. 
Wyrwałam się z jego uścisku i wsiadłam do samochodu. Odpaliłam silnik i ostatni raz patrząc na chłopaka odjechałam. Teraz nie mogłam o nim myśleć. Później, jutro, kiedyś. Najlepiej nigdy.
Jadąc zrozumiałam, że nawet nie wiem, w którym szpitalu znajduje się Ronan. Chciałam sięgnąć po telefon do kieszeni, jednak ona była pusta. W myślach przywaliłam sobie.
-Nie wiem kim jesteś- mruknęłam do siebie.- Ale gdy się dowiem...
W głowie przypomniałam sobie miejsce, w którym doszło do wypadku. W obrębie tego miejsca był tylko jeden szpital i miałam nadzieję, że tam właśnie znajdę mężczyznę.
Przed oczami widziałam nasze ostatnie spotkanie. Jego oczy, które były szczęśliwe. Śmiech i to co dla mnie zrobił. Pomógł mi. Odsunął się w cień i pozwolił dalej żyć. 
Nie musiałam mu pomóc, wiem, że tego nie oczekiwał, a nawet pewnie nie chciał. Ale ja sama tego potrzebowałam i chciałam to zrobić. Tak naprawdę nie miał nikogo oprócz mnie... a ja nie miałam nikogo oprócz niego.
Paul był przy mnie, gdy go potrzebowałam, ale nie robiłby tego, gdyby nie jego układ z Maxem. Kochałam go, ale nie było to dobre. Nie mogłam pozwolić by coś mu się stało.
Będąc już w szpitalu podeszłam do pielęgniarki, która siedziała przy komputerze, a jednocześnie zapisywała coś w papierach.
-Dzień dobry.- Przywitała mnie wymuszonym uśmiechem, jakby musiała siedzieć tu za karę.
Kobieta była była niewiele starsza ode mnie. Pewnie dopiero zaczynała tutaj pracę. Blond włosy związane były w wysokiego koka. Ubrana była w klasyczny strój pielęgniarek, choć mogłabym stwierdzić, że był chyba trochę za krótki.
-Chciałabym się dowiedzieć kto zajmuje się Jake'm Ronanem i w której sali przebywa- stwierdziłam pewnym głosem, który nie znosił sprzeciwu.
-Kim pani jest?- tak teraz się zacznie.
Teraz miałam dwie opcje. Albo kłamać, że jestem jego siostrą, żoną lub cokolwiek, albo po prostu powiedzieć prawdę.
-Anna Collins, w tej chwili chcę wiedzieć, w której sali leży ten pacjent, rozumiesz?!- powiedziałam to stanowczo zbyt głośno, więc kilka osób odwróciło się. Mówiłam też jednocześnie wystarczająco groźnym tonem by w oczach kobiety zobaczyć lekki strach.
-Proszę się uspokoić, bo będę musiała wezwać ochronę- ostrzegła próbując mnie przestraszyć.
Zaśmiałam się z dużą dozą kpiny.
-Mówisz o tych dwóch emerytach, którzy nie wiedzą jak wygląda prawdziwa praca ochroniarza?- spytałam retorycznie- Jestem córką Roberta Collinsa i albo w tej chwili powiesz mi, gdzie leży Ronan, albo od razu możesz szukać nowej pracy.
-Co się tutaj dzieje?- podszedł do nas starszy mężczyzna, jeśli pamięć mnie nie myliła, był to ordynator.
-Ta pani nie chcę się uspokoić- kobieta posłała mi złośliwy uśmiech.
Mężczyzna spojrzał na mnie zainteresowany. 
-Jak się pani nazywa i o co chodzi?
-Anna Collins- zauważyłam jak mężczyzna znieruchomiał na chwilę.- Chciałabym się dowiedzieć gdzie leży mój przyjaciel, a pani nie chcę mi wyjawić tego.
Kiwnął głową wyraźnie będąc myślami gdzieś indziej. Powiedział coś pielęgniarce, a ta z niezadowoloną miną zaczęła szperać w komputerze.
-Jake Ronan jest w tej chwili operowany, będzie mogła pani się więcej dowiedzieć po operacji- mruknęła jeszcze nazwisko lekarza i wróciła do swoich spraw.
Wywróciłam oczami i ruszyłam pod salę operacyjną. Usiadłam na jednym z krzeseł i wzięłam głęboki oddech. Dopiero teraz zaczęło to wszystko do mnie docierać.
Po kilku godzinach siedzenia, chodzenia wreszcie ktoś wyszedł z sali. Był to na oko trzydziestoparoletni blondyn. Miał na sobie niebieski strój i w ogóle nie zwrócił na mnie uwagi.
-Przepraszam- zawołałam za nim.
Facet obrócił się w moją stronę.
-Tak, o co chodzi?
-Chciałabym się dowiedzieć co z Jake'm Ronanem i kiedy będę mogła go zobaczyć- wyjaśniłam.
-Pan Ronan właśnie przeszedł operację. Stracił bardzo dużo krwi i jak na razie jest w śpiączce- oznajmił.- W czasie wypadku doszło także do wstrząśnienia mózgu, pacjent ma pęknięte dwa żebra oraz złamaną prawą rękę. Do tego rozległa rana na brzuchu, liczne zadrapania. Jednak pani chłopak miał dużo szczęścia, że przeżył i nie jest w takim stanie jak drugi mężczyzna. 
-Kiedy... będę mogła go zobaczyć- wydusiłam z siebie czując jak moje całe ciało zaczyna drżeć.
-Dzisiaj to niemożliwe, proszę przyjść jutro może wtedy.- Mężczyzna dotknął mojego ramienia.- Proszę być dobrej myśli.
-Nie może mnie jednak pan zapewnić, że jego stan się nie pogorszy, prawda?
Pokręcił przecząco głową. Musiałam usiąść, bo nie byłam pewna czy ustoję na nogach. Lekarz odszedł, a ja zostałam sama. Zakryłam twarz dłońmi, nie mogłam być pewna czy doktor czegoś jeszcze mi nie powiedział. Jake mógł mieć o wiele więcej obrażeń. Modliłam się tylko by z tego wyszedł. 
Po jakimś czasie ktoś podał mi plastikowy kubek. Podniosłam wzrok. Paul stał przede mną i wyciągał w moim kierunku ten właśnie kubek.
-Twój ojciec poprosił mnie, bym przyjechał do ciebie i zabrał  cię do domu- stwierdził zajmując miejsce obok mnie.
-Teraz będziesz pracował z moim ojcem?- spytałam oskarżycielskim tonem nie biorąc od niego napoju.
-Rozmawialiśmy już o tym - westchnął.- Co z nim?
Prychnęłam pod nosem.
-Dobrze wiem, że chciałbyś jak cała reszta- warknęłam.- By z tego nie wyszedł.
Przejechałam dłonią po włosach i poczułam jak po policzkach spływają mi łzy. 
-Dlaczego? Powiedz mi, co on wam do cholery zrobił, że każdy go znienawidził?- spojrzałam mu w oczy.- On mi pomógł, a każdy go uważa za potwora.  Nie ma nikogo oprócz mnie.
Nie odpowiedział mi. 
-Wiesz, kto za tym stoi?- zapytał po jakimś czasie. 
-To nie James- wyprzedziłam jego kolejne pytanie.- Nie wiem, ale chyba wiem, kto może wiedzieć.
-Kto?- zainteresował się.
-Max i Juliet- stwierdziłam pewnie.- Muszę ich odnaleźć.


Na pewnym biurku leżał notes. W nim nazwiska poukładane w nielogicznej kolejności. Nielogicznej dla wszystkich prócz jednej osoby. 
Lista nazwisk nie liczyła zbyt dużo osób. A może wręcz przeciwnie, było na niej ich za dużo. Każda z tych osób coś znaczyła. Była dla kogoś ważna. Niektórzy mieli rodziny, inni tylko partnera lub partnerkę, a jeszcze inni grono przyjaciół. Byli tam ludzi z pracą, zwykli uczniowie. Po prostu zwykli ludzie. Niektórzy nawet się nie znali. Jednak coś ich łączyło. A raczej ktoś.
Długopis zawisł w powietrzu i osoba zrobiła znaczek przy jednym z nazwisk. To była jej kolejna ofiara. To była kolejna osoba, której miało się coś stać.

-----------------
*Justyna Steczkowska "Wracam do domu"

W tym rozdziale bardziej chciałabym byście wgłębili się w cytat przed notatką. Sam rozdział może nie jest najlepszy, ale mam nadzieję, że wam się podoba. Dodałam dzisiaj ten rozdział, ponieważ jutro nie będzie mnie w ogóle w domu i nie miałabym możliwości dodać czegokolwiek.
Chciałabym byście byli bardziej aktywni. Jeśli wam się coś nie podoba, to piszcie. 
Jeśli macie jakieś pytania to tu ---------> ASK 
Czekam na wasze opinię.
Do napisania 

CZYTASZ = KOMENTUJESZ 

wtorek, 27 maja 2014

Rozdział 3 (część 2)

Poszukuję dobra
Lecz ono mnie unika
Smucę się w duszy
Bo wydaje się, że zło
Kocha moje towarzystwo*

----------------------



DLA MOJEJ BFF
TWÓJ POZIOM WIEDZY Z MATMY...
OCH... LEPIEJ NIE KOŃCZYĆ :P



RETROSPEKCJA



Czarne Ferrari zaparkowało w opuszczonej części Nowego Yorku. Wszędzie były domy widmo z powybijanymi oknami. Silnik został zgaszony, a jego kierowca oparł głowę o zagłówek. Westchnął ciężko. Miał za sobą prawie trzydzieści godzin bez sny, tylko cudem jeszcze umiał prowadzić pojazd. Korki, w których stał też robiły swoje. Jednak nic nie działało na niego tak, jak informacje które miał za chwilę otrzymać od jednego z swoich informatorów.
Już wcześniej dostawał pewne sygnały od ludzi, że coś się kroi. Z tego powodu postanowił wykorzystać jednego gówniarza i swojego przyjaciela do pilnowania siostry. Czułby się lepiej, gdyby sam to zrobił, jednak mieszkał na drugim końcu państwa, a więc było to niemożliwe. 
Dobrze wiedział, co teraz jego siostra musi przeżywać z młodym Brownem, lecz chciał dla niej jak najlepiej, a młody był mu coś winien. Niezbyt bardzo wierzył w możliwości nastolatka, ale musiał komuś zaufać. A że padło na niego...
Był pewien, że przez to jego siostra nie będzie niczego podejrzewać. Oczywiście uważał ją za osobę inteligentną, ale sam musiał przyznać, że czasami młoda Collins po prostu traciła rozum i albo udawała, albo na prawdę na jakiś czas stawała się tępą idiotką.
Po chwili drzwi od strony pasażera otworzyły się i do auta wsiadł czarnoskóry mężczyzna. Kiwnął głową w stronę swojego "szefa" i rozejrzał się po wnętrzu.
-Długo kazałeś czekać- stwierdził kierowca patrząc w przednią szybę.
-Pracować dla ciebie to sama przyjemność- wyznał ironicznie, a potem dodał poważnie.- To nie moja wina, że młoda cały czas pakuje się w kłopoty.
-Może i nie twoja- przyznał.- Ale to ty masz wiedzieć kto tym kłopotem jest.
Pasażer podał mu dwa zdjęcia.
-James Hall i Lucas...- nie zdążył dokończyć.
-Wiem kim są ci gówniarze- warknął zirytowany.- Kogo jeszcze kryjesz?! Oni sami by nie wpadli na takie coś.
Informator kiwnął posłusznie głową. Był świadomy jednego. Jedyne co było gorsze od Maxa Collinsa i ogólnie rodziny Collins, to wkurwieni Collinsowie.
Podał mu kolejne zdjęcie, a z ust blondyna wydobyła się wiązanka przekleństw. Dwa lata mieli spokój, teraz znów wrócił. 
-Co od niej chce?- spytał dziwnie opanowanym głosem.
-Max, ja wiem i ty wiesz czego on od niej chce- przypomniał.- Cała trójka chce się zemścić i każdy z nich ma powód. 
Wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Nie trzeba było dokańczać. Każdy z nich wiedział o co chodzi. Nikt jednak nie odważył się by powiedzieć to w obecności dwudziestoparolatka. Mimo, że jego rodzice tak bardzo próbowali ukryć prawdę, on się dowiedział. 
-Nie pozwolę by ten gnój ją skrzywdził, prędzej sam go zabiję niż zbliży się do Ann- zapewnił.
-Przemyśl to dokładnie- zaproponował.- Jeśli ona się dowie, nigdy ci nie wybaczy, a może przejść na ich stronę.
-Wymyślę coś.
Rzucił w czarnoskórego forsą, a gdy ten wysiadł, odjechał z piskiem opon. Wybrał numer do przyjaciela i bez powitania stwierdził:
-Wracam do Los Angeles, młoda ma nic nie wiedzieć.
-Jasne... szefie.

KONIEC RETROSPEKCJI

-To dlaczego w tym cholernym liście napisałeś, że nie wiesz kto mnie śledził?!- brunetka wybuchnęła i zaczęła nerwowo przechodzić od jednej ściany do drugiej.
Max powiedział jej prawdę, oczywiście pomijając kilka rzeczy, w tym śmierć ojca Jamesa i jeszcze... no ten... jeden bardzo istotny szczegół.
Nie odpowiedział na zadane mu pytanie.
-Jeszcze nie miałeś kogo wziąć, tylko jego.- Wskazała dłonią Paula, a ten zmarszczył brwi.
Dziewczyna dowiedziała się jak powstawał plan i jak jej brat powoli, małymi kroczkami wcielał go w życie. 
-Mogłeś od razu schować mnie w klatce pod czujnym okiem kamer i ochroniarzy- powiedziała sarkastycznie pierwszy raz będąc tak wściekła na blondyna.
-Chciał to zrobić- Jared spróbował rozluźnić atmosferę.- Ale nie znalazł odpowiedniego miejsca gdzie mógłby cię przetrzymywać.
Brązowooka spiorunowała go wzrokiem, a potem zauważyła, że jej przyszła szwagierka robi to samo.
Niebieskooki podniósł obie dłonie w obronnym geście i poderwał się z kanapy.
-To może opuszczę wasz dom nim nastanie kłótnia małżeńsko- rodzinna i pójdę się zabawić- mruknął i wyszedł z domu nim ktokolwiek zauważył.
-Zabije go kiedyś- warknęła Juliet.
Jednak do Ann nie docierało nic. Wszystko co dzisiaj się dowiedziała, nie miało dla niej najmniejszego znaczenia. Czuła tylko potworny ból. 
-Może jeszcze mi powiesz, że Jake'a też w to wmieszałeś, co?- zapytała oskarżycielsko. 
Tylko cudem udawało jej się nie popłakać. Gdyby paliła pewnie teraz zaczynałaby drugą paczkę... albo trzecią. Lecz nie wpadła w ten ohydny nałóg i chyba właśnie w tej chwili tego żałowała. Ale było coś co mogło jej pomóc, jednak z tym musiała poczekać do wieczora, gdy zrobi się chłodniej i słońce nie będzie tak piec. Myślała o bieganiu. Miała nieodpartą ochotę biegania.
-Dowiedziałaś się wszystkiego co wiem- skłamał, ale zrobił to tak perfekcyjnie, że żadne z trójki o tym się nie dowiedziało.- Teraz chcę wiedzieć. Czy to ty ostrzegłaś Jamesa?
Nastolatka nie patrzyła na niego. Czuła się zdradzona i postanowiła to okazać. 
-Nie zrobiłam nic, co uważałabym, że byłoby złe- odpowiedziała.
Max westchnął ciężko i spojrzał pytająco na swoją dziewczynę. Ta nie odzywała się. Wzruszyła ramionami i przyglądała się Annie.
Mężczyzna podniósł się z miejsca i podszedł do siostry. Zatrzymał ją i pocałował w czoło. To był moment ich pożegnania. 
Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Postanowiła, że choć raz zachowa się dorośle i nie pokaże jak bardzo słaba jest.
-Zostań- poprosiła cicho.
-Każdy myśli, że nie żyje- wyjaśnił.- Będzie lepiej dla twojego dobra, jeśli wszyscy nadal będą tak sądzić.
Dziewczyna wtuliła się w silne ramiona swojego brata i zaczęła cicho szlochać. Nie umiała dopuścić do siebie myśli, że znów go traci. Nie chciała by odszedł, ale sama za niedługo będzie musiała to zrobić.
-Jak to mówił Borys- zaczął Collins.- Sny zawsze odchodzą.
-Niektóre stają się rzeczywistością- upierała się.
-Nie tym razem, skarbie.
Ostatni raz pocałował ją w czoło i odsunął się. Ruszył w kierunku drzwi, a jego śladem poszła rudowłosa. Przy drzwiach ostatni raz się odwróciła. Wtedy Ann zobaczyła w jej oczach ulgę wymieszaną z spokojem. 
-Kiedyś dowiesz się prawdy- oznajmiła tonem jakby mówiła do małego dziecka.- Nie teraz, kiedyś gdy będziesz gotowa.
Potem jej twarz znów przybrała kamienny wyraz i po chwili opuściła dom Collinsów. 
Ann stała na środku pomieszczenia i czuła ogromną pustkę w sercu. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że ludzie na których jej zależało albo sami odeszli, albo ona odtrąciła ich. 
-Wszystko będzie dobrze- usłyszała za sobą ściszony głos osiemnastolatka.
Pokręciła przecząco głową.
-Nic nie będzie dobrze- zaprzeczyła.- A moja przyszłość najbardziej.

Rodzice nie zgodzili się na mój wyjazd na święta. Egoiści. Sami ich nie obchodzili, ale mnie nie pozwolili pojechać do babci. Te dni spędziłam sama w swoim pokoju. Jared i reszta myśleli, że jednak wyjechałam, więc mogłam pobyć sama w spokoju. Nadal nie mogłam uwierzyć, że Max wiedział o wszystkim od początku. Nie tego spodziewałam się po własnym bracie. Zawsze mówiliśmy sobie wszystko, a teraz? Szkoda gadać.
Postanowiłam nie wyjeżdżać z Los Angeles. Może kiedyś, nie teraz.

Powoli wrzucałam ostatnie rzeczy do walizki. Uśmiechnęłam się na samą myśl dwóch tygodni wolności. Ferie zimowe były nawet fajne, może oprócz tego, że klimat Kalifornii w styczniu niektórym ludziom nie kojarzył się z zimą.
Taką osobą była moja babcia, która mieszkając w Kanadzie miała, jej zdaniem, prawdziwą zimę. Z śniegiem i mrozem minus trzydzieści stopni.
Na samą myśl o zimnie, przeszedł przez moje ciało nie przyjemny dreszcz. Jednak od razu pocieszyłam się myślą, że gdy tylko zmarznę, napiję się kubka gorącej czekolady i zjem kawałek pysznego ciasta od babci. Co jak co, ale staruszka piec umiała jak nikt inny.
Jednak prawdziwym powodem mojego wyjazdu było oderwanie się od rzeczywistości. Ostatnio zbyt wiele rzeczy mnie przytłacza i zbyt wiele rzeczy jest jeszcze nie wyjaśnionych.
Rodzice unikają jakichkolwiek rozmów z moją osobą, cały czas mnie zbywają i tylko jakimś cudem wytrzymuje psychicznie z nimi. Aż dziwne, że dzisiaj tata jest w domu.
Usłyszałam jak ktoś wchodzi do pokoju. Podniosłam wzrok i zobaczyłam mojego ojca. Pierwszy raz widziałam, żeby był czymś zmartwiony. Patrzył na mnie niepewnie, i może mi się zdawało, ale bał się coś mi powiedzieć.
-Co chcesz?- westchnęłam wrzucając do torby kolejny ciepły sweter.
-Ann powinnaś to zobaczyć- stwierdził cicho i wskazał bym poszła na dół.
Po jego wyjściu stałam jeszcze chwilę w pokoju twierdząc, że to co chce mi pokazać na pewno nie ucieknie.
Dodałam jeszcze do walizki ostatnie kosmetyki i siłując się z torbą, zapięłam ją.
Odetchnęłam zwycięsko i przeczesałam palcami ciemne pasma włosów. Rozejrzałam się po pokoju i dopiero wtedy go opuściłam. Zbiegłam po schodach i ruszyłam w kierunku salonu.
Włączona była jakaś stacja informacyjna, zapewne regionalna, bo przecież nie pokazywaliby jakiegoś zwykłego wypadku w dużej stacji.
Mruknęłam zirytowana, że nie potrzebnie mnie ojciec wołał, gdy zobaczyłam coś co mnie zamurowało.
-Wypadek, który miał miejsce na drodze wlotowej do Los Angeles, był najprawdopodobniej wynikiem kolejnej wojny gagów, jednak te informacje nie są potwierdzone- oznajmił dziennikarz.- W wypadku zginęło dwadzieścia jeden osób i tylko dwie przeżyły. Jedną z "szczęśliwców" był dwudziestosiedmioletni Jake Ronan, który trafił w ciężkim stanie do najbliższego szpitala. Jak się dowiadujemy, najbliższe dwadzieścia cztery godziny będą decydujące.
Jake... Mój Jake... Mój przyjaciel... Po prostu Mój.
Załamana wpatrywałam się w ekran telewizora, który od pięciu minut nadawał coś zupełnie innego.
-Ann!- usłyszałam podniesiony głos ojca.
Spojrzałam na niego będąc myślami gdzieś indziej.
-Telefon...
Dopiero po chwili wyczułam wibracje w przedniej kieszeni spodni. Wyciągnęłam komórkę i automatycznie odebrałam.
-Dziękuję, że pozbyłaś się kilku moich wrogów- usłyszałam nieznajomy głos.- Teraz już nikt mi nie przeszkodzi, by w końcu cię dopaść. Jake Ronan to tylko początek. Każdy z twoich bliskich poniesie konsekwencje twoich czynów, Anno. Nikt nie jest bezpieczny, a to dlatego, że nie odeszłaś. Zostałaś i to był twój największy błąd....
 
--------------------
 * Rihanna "Unfaithul"
Wiem, mógłby być lepszy. Przepraszam, ale mam nadzieję, że i tak skomentujcie go. 
Jeśli macie jakieś pytania odnośnie opowiadania, bohaterów itp. Lub po prostu chcecie o coś mnie zapytać, to zapraszam tutaj ------->ASK
No to...
Do napisania
 
CZYTASZ = KOMENTUJESZ
 

piątek, 23 maja 2014

Rozdział 2 (część 2)

I znów nie ufasz mi
Nic nie jestem wart
I nie wierzysz w żadne moje słowo*
--------------
Nikt nie pytał mnie o zdanie, w jakiej drużynie mam być. Myślałam, że panuję nad swoim życiem, jednak ktoś inny ma mój los w swoich rękach. Nie wiem do czego do doprowadzi, ale wiem, że powinnam się tego bać. I boję się. Jeszcze kilka miesięcy temu wszystko było prostsze. A teraz? Już nawet nie mogę wierzyć faktom, bo one też mogą okazać się kolejnym kłamstwem. 
Spojrzałam w niebo. Za niedługo świt, a ja nadal stoję w tym samym miejscu co pół godziny temu. Nie płaczę, czuję tylko zaschnięte łzy na policzkach i okropny ból w sercu. Spoglądam w niebo i nie widzę gwiazd. Niebo jest bezchmurne, ale światła miasta nie dopuszczają ich widoku. Bez nich czuję się jeszcze bardziej samotna.
Zacisnęłam dłonie w pięści i wpuściłam powietrze, które nieumyślnie trzymałam w płucach. Przeniosłam wzrok na chłopaka. 
Paul siedział na schodkach i wpatrywał się w ziemie. Nic nie mówi, ja zresztą też. Nie mam pojęcia co jeszcze tu robię, powinnam już dawno siedzieć w domu i jak najprędzej zapomnieć o poprzednim dniu i tej nocy. 
Obróciłam się na pięcie i powoli wyszłam z posesji Brownów. On mnie nie zatrzymał, nadal siedział tam w tej samej pozycji. Odchodząc usłyszałam tylko ciche westchnienie, które mogło być wytworem mojej wyobraźni.
Popatrzyłam na motocykl i stwierdziłam, że nie powinnam nim teraz jechać. Wyciągnęłam komórkę z kieszeni i trzymałam ją chwilę w dłoni. Nie miałam do kogo zadzwonić. Przycisnęłam telefon do wargi i spróbowałam coś wymyślić. 
Po dwóch minutach westchnęłam ciężko. Jedyną opcją było pójście pieszo. Wróciłam pod furtkę, chciałam przekazać Paulowi, że przyjadę po południu po motocykl, ale już go nie było.
-Pięknie- mruknęłam.- Po prostu pięknie.
Rozejrzałam się w okół i ruszyłam w stronę domu. Po chwili usłyszałam za sobą czyjeś kroki. Kątem oka sprawdziłam kto za mną idzie. 
-Gdzie idziesz?- spytałam cicho nie zatrzymując się.
Nie dostałam odpowiedzi. Byłam świadoma, że mógł nie usłyszeć pytania, lub po prostu mógł mnie zignorować. 
Ulice Los Angeles w nocy były szczególnie niebezpieczne, zwłaszcza te biedniejsze. Codziennie można było usłyszeć strzelaninę. Była to sprawka gangów, lub nas. Jednak nigdy nie bałam się chodzić po nocy może dlatego, że mieszkałam w jednej z bogatych dzielnic, a może dlatego, że tak naprawdę nigdy nie bałam się śmierć. Bałam się samotności, ale nie śmierci. 
-Kiedy wyjeżdżasz?- usłyszałam nagle.
Podniosłam wzrok na bruneta. Wyrównał ze mną kroku. Nie patrzył na mnie, patrzył prosto przed siebie, ale nie na mnie.
Właśnie, co z wyjazdem? Było pewne, że na święta jadę do babci, ale co dalej? Nie chciałam dalej żyć w tym świecie, ale chyba to jeszcze nie czas na odejście. Nie teraz, gdy dowiedziałam się, że Max żyje i nie teraz, bo jeszcze nie dowiedziałam się prawdy.
-Miałam jutro lecieć do Kanady- wzruszyłam ramionami.- Na święta, a dopiero po nich miałam się wyprowadzić. Teraz nie wiem.
Znów zapanowała między nami cisza. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu.
-Nie powiedziałem jej, że wyjeżdżasz- znów przerwał ciszę. 
-Powinieneś- odparłam chłodniej niż chciałam.
-Ty chcesz wyjechać, więc ty jej to powiedz.
-Będzie lepiej jeśli mnie już nie zobaczy- ponownie wzruszyłam ramionami.
-Dla kogo?- spytał z wyrzutem.
Nie odpowiedziałam. Nie chciałam dalej ciągnąć tej bezsensownej rozmowy. Bo po co? By sprawdzić kto wygra? To on wszedł do mojego życia bez zaproszenia, nie prosiłam go o to. Od początku mówiłam, żeby trzymał się ode mnie z daleka. Gdyby posłuchał mnie, oboje mielibyśmy lepiej. A teraz cierpimy. 
-Już dawno przestałam być jej ochroną, nie muszę się spowiadać, że wyjeżdżam, kiedy i gdzie- warknęłam i kopnęłam kamień, który leżał na mojej drodze. A po chwili dodałam.- Tak naprawdę, nigdy nią nie byłam. I szczerze nigdy nie chciałam być.
-Ona ci nic nie zrobiła.
Podchodziliśmy pod mój dom. Spojrzałam na niego. Przyglądał mi się.
-Właśnie- kiwnęłam głową.- Wam też nie, a posłużyliście się nią, byś mógł się do mnie zbliżyć. 
-Znasz tylko nic nieznaczące rzeczy, a obwiniasz wszystkich w okół- nieznacznie podniósł ton.
Prychnęłam pod nosem.
-To nie moja wina, że wszyscy mnie okłamują- syknęłam.
Chciałam odejść, ale mnie zatrzymał. 
Pokręciłam głową.
-Tym razem już nie dam się nabrać na twoje gierki.
Wyrwałam swoją rękę i mimo iż chciałam z nim zostać, otworzyłam drzwi. Wchodząc zawahałam się. 
-Daj mi ostatnią szanse- poprosił.
Przymknęłam oczy i zacisnęłam zęby. Weszłam do środka i zatrzasnęłam drzwi. 

Przed drzwiami stał Jared, który najwyraźniej się denerwował. Juliet objęła wzrokiem całą jego osobę i zastanowiła się, dlaczego chłopak tak panikuje. 
-Max tu jest- mruknął przez zaciśnięte zęby.
Oczy kobiety rozszerzyły się na sekundę, ale po chwili znów były charakterystycznie przymrużone. Wywróciła oczami i rozglądając się dokładnie, opuściła pokój. Kiwnęła głową w stronę chłopaka i ruszyła w kierunku schodów. Już miała wpaść na dwóch ochroniarzy, gdy w ostatniej chwili wycofała się i schowała za ścianą. Podniosła prawą brew. 
Jared dał jej znak, że ma wejść do pomieszczenia, które jej wskazał. Pokój na szczęście był pusty. Jared po wejściu zamknął go na klucz, a w tym samym czasie rudowłosa otworzyła okno i wychyliła się przez nie.
-Jak skoczysz w tych butach, to będzie cud jeśli tylko będziesz jeździć na wózku- mruknął brunet.
-Zamknij się- syknęła zielonooka i zaczęła ściągać szpilki.
Otworzyła szerzej okno i wyszła przez nie na parapet, a potem zeskoczyła. Padając na ziemię, poczuła ból w kostce przez co przewróciła się. 
Jared zaśmiał się pod nosem i powtórzył jej wyczyn, jednak z innym zakończeniem, ponieważ jemu nic się nie stało. 
Juliet cicho przeklinała pod nosem i spojrzała znacząco na towarzysza. 
-Może byś tak łaskawie mi pomógł niż nas znajdą, hm?- oznajmiła dorzucając do tego jeszcze parę wyzwisk.
Podszedł do niej i jednym zgrabnym ruchem przerzucił ją sobie przez ramię. Mimo, że teraz zmywali się z miejsca zbrodni, on nie umiał powstrzymać się od uśmiechu na twarzy. Nie przepadał za dziewczyną swojego przyjaciela, a każdy jej błąd liczył jako swój sukces. 

Kiedy się obudziłam, miałam nadzieję, że wczorajsza doba była tylko snem. Wyczołgałam się spod pierzyny i podreptałam do łazienki. 
Nie chciałam schodzić na dół, mając przeczucie, że coś tam na mnie czeka. Dlatego przeciągałam moment pojawienia się na parterze do granic możliwości.
Na dole był Max. Przestraszyłam się, że ktoś mógł go zobaczyć. Nie wiedziałam, czy rodzice wiedzą, że żyje, jednak nie chciałam ryzykować. 
Blondyn siedział w towarzystwie Juliet, której lewa noga była obandażowana, Jareda i Paula. Ten ostatni siedział na fotelu, zamyślony i pewnie nie był zadowolony, że tutaj jest.
-Rodzice też wiedzieli- bardziej stwierdziłam niż spytałam.
-Nie- zaprzeczył blondyn.- Usiądź.
Przesunęłam wzrokiem po całej czwórce jednak nie zrobiłam nawet kroku. Założyłam dłonie na klatce piersiowej.
-Czy to ty ostrzegłaś Jamesa?- Jared patrzył na mnie zdenerwowanym wzrokiem.
Przygryzłam dolną wargę.
-Dlaczego ty żyjesz?- zignorowałam bruneta i wbiłam wzrok w brata.- Widziałam twoją śmierć, nie powinieneś żyć.
-Mamy piętnaście minut, naprawdę chcesz przeznaczyć je na takie pytania?- patrzył na mnie sceptycznie.
Nie widziałam w nim mojego brata. Teraz wydawał się taki obcy, inny.
Westchnęłam ciężko. Miałam milony pytań, a zarazem nie umiałam wymyślić żadnego by zacząć. W końcu zdecydowałam. 
-Albo powiesz mi całą prawdę, albo od razu wyjdź i zapomnij, że miałeś siostrę.
Te słowa samą mnie bolały, ale on nie dał mi innego wyjścia.
-Dobra- wypuścił powietrze.- Powiem ci wszystko co chcesz wiedzieć. A potem zniknę.
Jak to zniknie?!
 --------------------
*Bracia- "Nad przepaścią"

Co sądzicie o tym rozdziale? Czekam na wasze komentarze. 
Do napisania

CZYTASZ = KOMENTUJESZ

Szablony